wyzwanie: INNE SPOJRZENIE NA...
NIEBO
Vitalis w zasadzie nie wie, czego powinien
się spodziewać. Jeszcze nigdy nie był martwy, nie znał też nikogo, kto by mu to
dość jednorazowe zdarzenie zrelacjonował. Otwierając swoje jasnobłękitne,
niewinne oczęta, ma więc cichą nadzieję, że ujrzy wszystkie cuda, o których
tyle opowiadała mu mama. Szczególnie zależy mu na mieszkających w chmurach
aniołkach, przemieszczających się z jednego puchowego kłębka na drugi po
magicznej ścieżce z samolotowego dymu. Albo tęczy. Bo co jest lepsze od
rajskiej krainy wypełnionej po brzegi tęczą? Chyba tylko jednorożce…
Chłopiec unosi ciążące powieki, zaraz
jednak przymyka je ponownie, oślepiony bielą. Jeśli do tej pory miał
jakiekolwiek wątpliwości odnośnie własnego stanu (nie było ich wiele – trudno
zapomnieć znikające w rzecznych odmętach auto, wodę zalewającą usta i
odbierającą oddech), to w tej chwili pozbywa się ich zupełnie. W całym swoim siedmioletnim życiu nie
widział nic równie jasnego i rażącego, jak ta nieskazitelna, rozległa pustka. Z
marnym skutkiem osłania oczy i rozgląda się dookoła, nieco, trzeba przyznać,
zawiedziony. Nie lubi narzekać i wybrzydzać, naprawdę nie! Ale nicość z
pewnością nie jest chmurkami ani tłustymi aniołkami. Tak oszukany nie czuł się,
odkąd przyłapał tatę na ukradkowym rozkładaniu świątecznych prezentów pod
choinką. Wtedy, tuż przed zeszłoroczną Wigilią, dowiedział się, że brzuchaty
Święty wraz z Rudolfem Czerwononosym są jedynie wymysłem na potrzeby naiwnych,
dziecięcych marzeń. A teraz ma się okazać, że historie o „drodze dla aniołka” i
samym Niebie też były kłamstwem?
No, chyba że to wcale nie Niebo. Taka myśl
nie przyszła mu wcześniej do głowy, ale teraz, kiedy już przyszła, zaczyna go
mocno niepokoić. Może w jakiś sposób źle trafił? Nie był wystarczająco grzeczny
i znalazł się w wyjątkowo strasznym miejscu? Na przykład, o zgrozo, tam, dokąd
strącano łobuzów, którzy nie słuchali rodziców i dokuczali innym. Vitalisowi
zdaje się jednak, że nie zrobił ostatnio nic, co mogłoby urazić Pana Jezusa
albo Bozię. Co więcej, cała jego rodzina miała w zwyczaju powtarzać, jakim
dobrym był dzieckiem. Nawet Aya mówiła, że jest dla niego nadzieja – że „kiedyś
będą z niego ludzie”, cokolwiek to miało znaczyć.
Aya… Imię siostry przypomina mu o bardzo
ważnej sprawie, na którą dotąd zdawał się nie zwracać uwagi. Mianowicie znalazł
się w jakiejś obcej krainie, która wcale a wcale nie przypomina obiecywanego
aniołkowego domu. Na dodatek jest całkiem sam. Czuje łzy strachu szybko
napływające do oczu. Nagle pragnie opaść z głośnym plaśnięciem na podłoże,
równie białe jak reszta przestrzeni, i płakać, wyć, krzyczeć, póki ktoś nie
usłyszy zawodzenia i nie otuli zagubionego chłopca ramionami, zapewniając
uspokajającym szeptem, że wszystko, ale to wszystko będzie dobrze i nie ma się
czego obawiać. Bardzo chce zobaczyć mamę i tatę. Siostrę też. Chociaż ona
czasem krzyczy na niego bez powodu. Malec siada, obejmując kolana ramionami.
Tak po prawdzie ucieszyłby się na widok kogokolwiek. Nawet przerażającej Marty
z III C. Żeby tylko nie siedzieć samotnie…
– Zapominasz o mnie, Vitalisie.
Słysząc dziwny, nienaturalnie donośny głos
wywołujący jego imię, maluch unosi brodę ku górze i przebiega dookoła czujnym
spojrzeniem zapłakanych oczu. Nieopodal niego stoi starszy, brodaty mężczyzna w
białym garniturze, niemal zlewającym się ze ścianami nieskończonego pokoju. W
ogóle cała jego postać jakby miga na czystym, jasnym tle – pojawia się i znika,
gdy spuszcza się z niej wzrok choćby na krótką chwilę. Chłopiec najeża się cały
i naburmusza, choć na twarzy dziwnego pana widnieje łagodny uśmiech.
– Nie bój się. Nie zrobię ci krzywdy.
– Nie znam pana – burczy Vitalis, patrząc
na obcego nieufnie.
– Tak sądzisz? – chichocze rozmówca i
siada przy skulonym malcu po turecku. – Nieprawda. Spotkaliśmy się wiele razy,
choć masz prawo mnie nie pamiętać.
Ostatnie stwierdzenie sprawia, że w umyśle
malucha powstaje coś na kształt wdzięczności. Zawsze szczerze nienawidził
rodzinnych zjazdów, jakie organizowali jego rodzice przy wszelkiej możliwej
okazji. Dziesiątki twarzy, po raz pierwszy widzianych i niemal natychmiast
rozmywających się w dziecięcej pamięci, wykrzywiały się w grymasie oczekiwania,
jakby ich właściciele spodziewali się, że jeżeli stali nad jego kołyską przed
kilkoma laty, to on zapamięta wszystkich i każdego z osobna. Ale Vitalis nie
pamiętał i męczyło go udawanie, że jest inaczej tylko po to, by nie zrobić przykrości
mamie. Ten człowiek nie stawia wymagań od samego początku i chyba dlatego
siedmiolatek rozluźnia się odrobinę.
– Przepraszam – recytuje i tak, z
przyzwyczajenia. – Powinienem…
– Gdzie tam – obrusza się starzec. – Nie
możesz pamiętać kogoś, kogo nigdy nie widziałeś. Przynajmniej nie tak, jak
teraz.
Chłopiec uśmiecha się szeroko.
– Jest pan moim braciszkiem? – pyta, lecz
zaraz podekscytowanie ustępuje bezgranicznemu zdumieniu z powodu
nierozumiejącej miny na obliczu mężczyzny. – No… Panem Jezusem. Mama mówiła, że
też jestem synem Bozi, więc…
– Tak, jestem nim – przerywa tamten
niecierpliwie. – Między innymi. Słyszałeś kiedyś o Trójcy Świętej? – zaczyna
wyjaśnienie. Gorliwe kiwanie głową wystarczy mu za odpowiedź. – No, czyli
wiesz, że są trzy osoby boskie: Ojciec, Syn i Duch Święty. Ja – wskazuje na
swoją czasem wciąż zanikającą wśród bieli sylwetkę – jestem Ojcem. Ale też
każdym z Trójcy po trochu. Tak jak oni są częściowo mną.
– Nie rozumiem – przyznaje Vitalis,
marszcząc brwi. Pomysł, żeby jedna osoba była jednocześnie dwoma innymi wydaje
mu się co najmniej śmieszny.
Bóg wzdycha i patrzy na niego ciepło.
– Jesteś młody. Za jakiś czas wszystko
pojmiesz. – Obejmuje malca ramieniem. – A teraz chodź ze mną. Rodzice na ciebie
czekają.
Wstając, chłopiec znów spogląda na starca
szeroko otwartymi oczyma.
– Moi... Zobaczę mamę i tatę?
– Oczywiście.
– Czyli to naprawdę jest Niebo?
Jego rozmówca przytakuje, uśmiechnięty, a
serce Vitalisa podskakuje z radości. Nareszcie przytuli się do mamy i wszelkie
problemy znikną. Tata weźmie go na barana, razem popędzą szukać niezwykłych
stworzonek. W Raju musi być ich całe mnóstwo, prawda? Nie będzie już sam. I w
końcu przeprosi Ayę za tę ostatnią kłótnię, bo chciał to zrobić jeszcze w
samochodzie, zanim tata zasnął za kierownicą i wpadli do rzeki. Na pewno mu
wybaczy, że zgubił jej zeszyt z opowiadaniami. Tu będzie miała mnóstwo czasu,
żeby napisać nowe. Opowieści Ayi od zawsze oczarowują wszystkich. Są o wiele
lepsze niż większość bajek, które zwykle wciska się dzieciom. Vitalis nie może
się doczekać, żeby posłuchać kolejnej – bardzo lubi, kiedy siostra mu czyta.
Uśmiech Boga traci nieco na swej
promienności, jednak wciąż trzyma się kurczowo jego twarzy. Stwórca wyciąga do
malca dłoń.
– Chodź, Vitalisie. Jesteś niewinną istotą
o mocnej wierze. Zasłużyłeś na wieczne, szczęśliwe życie. Pójdź ze mną, połącz
się z rodzicami, a już nigdy nie zaznasz samotności ani bólu.
Coś w minie mężczyzny nie podoba się
chłopcu. W jego wzroku znów pojawia się błysk podejrzliwości.
– Gdzie jest Aya? – pyta.
Mina Boga tężeje już wyraźnie.
– Zapomnij o tym. Trzeba iść dalej, mój
mały. Twoi rodzice...
Tupnięcie bosej nóżki odbija się głuchym
echem wśród białych ścian.
– Gdzie jest moja siostra?!
Bóg krzyżuje ręce na piersi i wbija w
niego chłodne, a jednocześnie pełne żalu spojrzenie. I od tej chwili Vitalis
wie. Jeżeli pójdzie z nim, nigdy nie zobaczy Ayi. Łzy ponownie gromadzą się pod
jego powiekami, jednak teraz uparcie nie pozwala im płynąć. Ten jeden raz w
życiu... czy raczej w śmierci, musi być dzielny. Bardziej niż na szczepieniach,
choć to prawie niemożliwe. Stoi nieruchomo, czekając na odpowiedź.
Starzec zaciska dłonie na materiale
garnituru.
– Dusza Ayanette nie była czysta. Nie
mogłem wpuścić jej do mojego domu.
– Więc gdzie jest?
Stwórca patrzy na niego beznamiętnie.
– W Piekle.
Piekło. To przejmujące niezrozumiałą
trwogą słowo zaczyna bezlitośnie dudnić w głowie chłopca. Aya. Jego starsza
siostra, która zawsze broniła go przed dręczycielami w szkole, a gdy jemu
zdarzyło się coś zbroić, przed rodzicami brała winę na siebie. Po prostu lekko
i optymistycznie nastawiona do życia dziewczyna, której chyba największym
przewinieniem było to, że często traciła nerwy przy swoim irytującym braciszku.
Nie święta, ale przecież nikt nie jest perfekcyjny.
– Dlaczego? – odzywa się maluch.
– Twoja siostra była ateistką. Wiesz, co
to znaczy?
Oczywiście, że tak. Kiedyś podsłuchał, jak
Aya rozmawiała na ten temat z mamą. Zapytana o powód, dziewczyna powiedziała
wtedy coś, co na dobre utkwiło w pamięci chłopca. „Wiele się na to składa. Ale
przede wszystkim wizja starszego faceta, który zna wszystkie moje myśli i stale
obserwuje całą ludzkość... Jakoś do mnie nie przemawia. Poza tym śmierdzi
pedofilią.” Bóg rzeczywiście czyta mu w myślach, Vitalis widzi to po wyrazie
jego twarzy. Jakby ktoś poruszył jakąś drzazgę, wyjątkowo boleśnie drażniącą
jego nieskalaną dumę.
– Jest dobra – mówi chłopiec zwyczajnie. –
Jest dobra, ale nie wierzy w ciebie. I dlatego poszła do Piekła?
– Dokładnie.
– To niesprawiedliwe.
– Niewierzący nie mają szansy na zbawienie
– cedzi Stwórca przez zaciśnięte zęby. – Przecież matka ci o tym mówiła.
– O aniołkach i chmurkach też – zauważa
malec. – Wszystko zmyślone, to tylko historie. Tak samo jak to, że jesteś
sprawiedliwy i mir... miło... mi-ło-sier-ny! – kończy krzykiem, oskarżycielsko
celując w Boga palcem.
Mężczyzna natychmiast przysuwa się i
chwyta mocno jego wątłe ramię.
– Nie waż się mnie osądzać, dziecko –
grzmi. – Nikt, kto kwestionuje prawa Królestwa Niebieskiego, nie zagrzewa w nim
miejsca.
Strach chłopca chyba zaskakuje i przeraża
samego Stwórcę, bo ten zaraz odstępuje kilka kroków i kontynuuje spokojniej:
– Nikt poza tobą nie dokona wyboru,
Vitalisie. Jestem skłonny wybaczyć ci arogancję, głównie ze względu na twój
wiek. Nie licz jednak, że dalszy opór pozostanie bez kary. Opanuj się teraz, a
spotkasz się z tymi członkami rodziny, którzy zasłużyli na pośmiertną nagrodę.
W przeciwnym razie idź precz.
Bóg używa wielu trudnych słów, których
Vitalis nie potrafi zrozumieć. Z monologu wyciągnął jednak wystarczająco, by
zrozumieć, jak trudną decyzję ma do podjęcia. Z jednej strony jest życie w
Niebie z mamą i tatą, jednak będzie tęsknił, tak bardzo tęsknił za siostrą. Z
drugiej zaś ma strącenie do krainy, w odniesieniu do której słyszał zawsze
tylko jedno – cierpienie. Długie. Intensywne. Choć wybór wydaje się oczywisty,
chłopca wciąż dręczy jedna kwestia. Rodzice mają siebie nawzajem. Trafili
dokładnie tam, gdzie pragnęli – do Raju, krainy wiecznego szczęścia. Za to Aya
jest tam, na dole. Sama.
Vitalis oddycha kilka razy głębiej, zanim
klamka bezpowrotnie zapada.
– Zabierz mnie do mojej siostry.
Ledwo wypowiada te słowa, biały pokój
znika. Chłopiec rozgląda się, przerażony nie na żarty, zdezorientowany. Tuż
przed miejscem, gdzie teraz stoi, na tle czarnych ścian materializuje się
drewniane, zawalone papierami biurko. Podnoszę wzrok znad aktualnie spisywanego
cyrografu i uśmiecham się, opierając brodę na splecionych dłoniach.
– Vitalis, czyż nie? – pytam słodko, nawet
nie próbując udawać, że nie jestem zaznajomiony z jego historią.
Patrzy na mnie szeroko otwartymi oczyma, a
ja śmieję się cicho. Szkoda mi tego malucha. Nie zasłużył na zesłanie do mojego
królestwa. Nauczyłem się już jednak, że kiedy dają, trzeba brać bez sprzeciwu,
a że nie widzę żadnej możliwej korzyści w kłótni z Najwyższym Szefem, nie mam
zamiaru się spierać. Kto wie? Może to małe niewiniątko okaże się przydatne.
Może kiedyś nawet mi podziękuje, choć w to akurat wątpię. Ale na razie...
– Idź, mały. Ktoś na ciebie czeka – mówię
i daję krótki znak ręką.
Ciężkie, żelazne drzwi stają otworem. Za
nimi nie widać nic prócz nieprzeniknionej ciemności. Żal ściska resztki mojego
niezbyt czułego serca, gdy Vitalis rzuca mi ostatnie, spłoszone spojrzenie,
ponownie bierze głębszy oddech i, drżąc lekko, rusza ku Wrotom Piekieł. W
chwili, gdy pochłania go mrok, nie mogę się powstrzymać.
– Witaj w domu – szepczę, powtórnie
wprawiając pióro w ruch.