stosowany w leczeniu zmęczenia szarą rzeczywistością

Zapraszamy do współpracy autorów zainteresowanych publikacją swoich tekstów na blogu. Jednocześnie zastrzegamy sobie prawo do selekcji nadesłanych utworów oraz ich korekty i redakcji (zatwierdzonych przed premierą przez autora).
eprozac.blogspot@gmail.com

Stonka: Achilles

wyzwanie: wędrówki Achillesa z mlekiem waniliowym po Marsie

– Witam, drodzy słuchacze! Pewnie zauważyliście, jaki piękny mamy dzisiaj poranek. W końcu pogoda jest olśniewająca jak zawsze, słoneczko przygrzewa, wiatr słoneczny wieje, a magnetosfera jak nie istniała przez ostatnie cztery miliardy lat, tak nie istnieje. Temperatura na dziś: minus osiemdziesiąt dwa…
– Procedura otwierania włazu zewnętrznego rozpoczęta – przerywam Achillesowi, wstukuję komendę do komputera i ciągnę za dźwignię. Ciepłe światło z zewnątrz rozświetla kabinę pilotów.
Ja i Achilles jesteśmy najlepszymi astronautami na Ziemi. Jesteśmy w statku kosmicznym najwyższej technologii, na Marsie, czwartej planecie od Słońca. Jesteśmy tu, by pobrać próbki gleby i powietrza. Jesteśmy zwykłymi ludźmi, jednak w takich momentach jak ten – jesteśmy wyjątkowi.
– Vanila-77 do Bazy, wyjście na powierzchnię za sześćdziesiąt sekund, odbiór.
– Tu Baza, przyjąłem, bez odbioru.
Gdy zmieniam częstotliwość, Achilles zaczyna wyć do mikrofonu.
– Mlekooo, minuta to za mało, by podjąć decyzję na wyjście skądkolwiek.
– Mamy wytyczne – odpowiadam spokojnie, a mężczyzna podnosi na mnie rozczarowany wzrok. W jego czarnych oczach odbija się światło kolorowych żaróweczek z panelu sterowania.
Achilles jest leniwy. Jest tak okropnie, przerażająco leniwy i dziecinny, że nie wiem, dlaczego Baza zgodziła się na wysłanie tak leniwego kosmonauty na dwuosobową misję. Zachowuje się, jakby na niczym mu nie zależało, jakby życie sprzedawano w co drugim sklepie za najmniejsze pieniądze. Ryzykuje bez cienia zastanowienia, bawi się bez ponoszenia konsekwencji.
Irytuje mnie to, bo to nie on siedział nad książkami dodatkowe dwadzieścia godzin w tygodniu, by zdać wszystkie testy i symulacje na sto procent. To nie on odmawiał sobie spotkań ze znajomymi i z rodziną i to nie on nie wykorzystał żadnego urlopu przez te wszystkie lata badań w Bazie. Jednak nikt mu niczego nie zarzuci – Achilles był i jest jedną z tych osób, które nie wiadomo skąd się wzięły i jak to się dzieje, że potrafią dosłownie wszystko bez specjalnego wysilania się.
Czasem chciałabym, żeby był dla wszystkich wredny, a nie buchał uprzejmością. Wtedy łatwiej byłoby mi go nienawidzić.
Achilles niechętnie dźwiga się do pozycji stojącej i staje przed śluzą wyjściową, z poczuciem obowiązku wymalowanym na twarzy. Po chwili chucha na szybkę hełmu i uśmiecha się do mnie pogodnie przez zaparowane szkło.
Odwracam się w stronę włazu.
– Cały wszechświat będzie obserwował nas za niecałe pół minuty – mówię, bo to wielki moment w historii, a w takich momentach trzeba powiedzieć coś podniosłego. Wlepiam wzrok w otwierające się wrota. Dopiero gdy wypowiadam te słowa, zaczynam się denerwować. – Cały wszechświat – powtarzam znacznie ciszej.
Zaciskam dłonie na tyle, na ile pozwalają mi grube rękawice. Presja, stres i ciężar kombinezonu przytłaczają mnie ze zdwojoną siłą, choć na Marsie powinnam czuć się trzy razy lżej.
– Wszechświat, nie wszechświat – poprawia mnie Achilles i ściąga lekko brwi. Kiedy tak robi, mam wrażenie, że jest kilka razy starszy, niż gdy się uśmiecha.
Patrząc na niego, zapominam na chwilę o tremie i o tym, że jest jeszcze zbyt młody na takie zmarszczki. Że oboje jesteśmy zbyt młodzi, żeby tu być.
– Wszechświat – powtarzam.
– Z wielkiej litery – uściśla, uśmiechając się. Nie do końca rozumiem, o co mu chodzi, ale odwzajemniam pogodny grymas i rozluźniam mięśnie. – Wszystko będzie dobrze, Mleko.
Achilles wyciąga ku mnie dłoń, jednak nasze kombinezony nie są zaprojektowane do trzymania się za ręce w kosmosie, więc nie chcę nawet próbować. Nie wiem nawet skąd zebrało mu się na takie ckliwe gesty, skoro przez ostatnie siedem lat rozmawialiśmy dosłownie trzy razy. Jeśli „cześć, chodzimy do tej samej grupy na fizykę jądrową”, „przepraszam, czy mogę zabrać to krzesło?” albo „widziałaś gdzieś mój telefon?” można zakwalifikować jako rozmowy.
Dochodzę do wniosku, że nie mam pojęcia z kim poleciałam na tę misję.
Rozmyślania przerywa mi cichy pisk w słuchawkach, a wrota stają otworem.
Czekałam na ten moment tak długo, że łzy cisną mi się do oczu, jednak nie daję ponieść się emocjom, bo to nieprofesjonalne. Zostało mi powierzone zadanie i muszę wykonać je tak, jak byłam uczona przez ostatnie siedem lat.
Schodzę z platformy i ostrożnie stawiam stopy na powierzchni Marsa.
– Achilles-13 do Bazy – pogodny głos drugiego pilota rozlega się w moich słuchawkach, jakby jego słowa były tymi samymi, które kłębią się w mojej głowie – Wylądowaliśmy na Marsie.
Tu Baza, przyjąłem, bez odbioru.
Widok zapiera mi dech w piersiach. Przed nami rozciąga się ogromna, szaro–beżowa pustynia pełna pyłu i kamieni. Aż po horyzont nie widać niczego innego jak tylko skały, głównie dlatego, że zasłania go burza piaskowa.
Jest pięknie. Tyle próbek do pobrania, tyle nowych podmiotów badań. Nie czekając na Achillesa, wychodzę do przodu jeszcze dalej, rozglądając się za idealnym miejscem do rozpoczęcia pracy.
Odwracam się w lewo. Słońce zachodzi. Jakkolwiek może być to piękne, mało co mnie interesuje – zachody słońca czy innych gwiazd są wszędzie i nieustannie. Mój wzrok za to podziwia widok sześciu jasnych punktów rozłożonych na wieczornym niebie, wysoko powyżej słońca.
– Ziemia, Wenus, Fobos, Deimos, Rigel i Kanopus – mówię, bardziej do siebie niż do Achillesa. Dziwnie widzieć te wszystkie ciała niebieskie w jednym miejscu, jednak czym różnią się one od gwiazd, które widzimy co noc z Ziemi? Może gdzieś tam, między migającymi światełkami na sklepieniu też jest jakaś planeta, z której w wieczorne niebo wpatrują się istoty przekonane o swojej samotności w Wszechświecie? Przez chwilę żałuję, że wszystkie informacje na temat obcych cywilizacji są fałszywe, a ludzie je piszący niezrównoważeni emocjonalnie.
Przyklękam, znajdując zagłębienie w ziemi, gdzie widzę kilka pokaźnych kawałków skały i dużo marsjańskiego pyłu. Choć chciałabym jeszcze trochę poobserwować księżyce i planety, które dane mi było oglądać tylko z bardzo daleka, to muszę wziąć się do pracy. Informacja o zawartości powietrza w butli uświadamia mnie o pozostałych dziewięćdziesięciu procentach.
– Miałem kiedyś kota o imieniu Fobos. Był straszny. Wszystkie moje ubrania były w jego sierści – Achilles włącza aparat przytwierdzony do matrycy na jego klatce piersiowej, robi zdjęcie niebu i uśmiecha się z satysfakcją, wskazując na nim Ziemię. – Mam nadzieję, że nikt nie mrugnął. Głupio byłoby mieć zamknięte oczy na takim zdjęciu grupowym.
Przewracam oczami. Szybko wyciągam urządzenia do pobierania próbek i rozkładam je między kamieniami. Achilles staje koło mnie i patrzy, jak ustawiam jedno z wielu metalowych opakowań na ziemi.
 – Miałaś jakieś zwierzęta kiedy byłaś mała, Mleko?
Wzdycham, lekko poirytowana, jednak odpowiadam spokojnie:
– Jesteśmy najlepszymi kosmonautami na Ziemi, błagam, zachowujmy się jak jedni z nich.
– Ale…
– Czy możemy zacząć pracować, a nie zagłębiać się w moje dzieciństwo? – powtarzam, tym razem głośniej i bardziej dobitnie.
– Przecież tylko pytam, geez – Achilles podnosi ręce w pojednawczym geście. – Spokojnie, przecież ta misja ma być głównie przyjemna i zaba…
Szybko puszczają mi nerwy.
– Nie, to nie jest dla mnie zabawa, Achilles – podnoszę się z ziemi. Wiem, że nie powinnam teraz tego mówić, ale skoro nie ma osoby na Ziemi, która może mu to powiedzieć w twarz, to na Marsie musi być. – Czekałam na ten moment od siedmiu lat i uczyłam się nocami, by dostać zezwolenie na tę misję, podczas gdy ty nie zrobiłeś dosłownie nic – widzę, że pilot chce coś powiedzieć, ale nie daję sobie przerwać. – Nie wiem, jak udało ci się zaliczyć wszystkie symulacje. Nie wiem, jak człowiek, który nie widzi więcej niż czubek własnego nosa zdołał przekonać komisję, by wysłała go w kosmos. I może też nie wiem, jak jesteś w stanie być wesoły dwadzieścia cztery godziny na dobę, bez względu na to, co się dzieje, ale powiem ci jedno – każdy ma swój słaby punkt. I po powrocie na Ziemię zrobię wszystko, by Baza dowiedziała się, co jest z tobą nie tak.
Gdy kończę mówić, od razu odwracam się, kucam i wracam do pracy przy próbkach. Przy mówieniu przyśpieszyło mi tętno, przez co zużyłam więcej tlenu. Muszę się pośpieszyć, jeśli całą pracę będę zmuszona wykonać sama.
– Dobrze, że przełączyłem częstotliwość. Jeszcze ktoś by cię usłyszał, hehe.
Wyjmuję metalowe narzędzia z walizki, kątem oka widząc, jak nogi drugiego pilota odrywają się od ziemi i unoszą w powietrzu przez kilka sekund, a po chwili opadają.
Jakby Achilles chciał odlecieć.
– To miałaś w końcu jakieś zwierzaki, Mleko? – pyta ponownie, z dziecinną uporczywością.
Do listy cech jego charakteru dopisuję niereformowalność.
– Jesteśmy na Marsie w trakcie bardzo, bardzo ważnej misji. Musimy pobrać próbki, zanim skończy nam się tlen. Niedługo będzie patrzył na nas cały Wszechświat, a ty… A ty nazywasz mnie mlekiem – mówię, pod koniec zdania nie dowierzając we własne słowa.
– Tak – przyznaje Achilles.
– To nie jest nawet śmieszne – uświadamiam go.
– Nie ma być. Tak cię po prostu zapamiętałem – jestem pewna, że wzrusza ramionami, ale nie widać tego przez kombinezon. – Ze wszystkich osób w stołówce tylko ty piłaś mleko waniliowe w kartonikach, a nie sok ze szklanek jak reszta.
Patrzymy sobie w oczy przez chwilę. Chyba nigdy nie zrozumiem Achillesa.
Nagle przenosi wzrok na coś za mną i otwiera usta z ekscytacji.
– Spadająca gwiazda!
Odwracam się i wpatruję w jasny obiekt przelatujący nad naszymi głowami, przecinający granatowe niebo i świecące na nim gwiazdy. Domniemana gwiazda kieruje się w stronę Słońca z zawrotną prędkością.
– Kometa ISON – mówię, gratulując sobie w myślach, że tak szybko ją rozpoznałam. Uczyłam się o niej jeszcze zanim rozpoczęliśmy misję, więc teraz wiem o niej wszystko.
Ciekawe, czy Achilles też wie.
– Ponoć spadające gwiazdy to papierosy wyrzucane przez anioły z Nieba, zanim Bóg je przyłapie – kometa znika z naszego pola widzenia, jednak pilot mówi dalej. – Chyba anioły dużo palą. To już trzeci papieros w tym tygodniu.
Prawie udaje mi się uśmiechnąć, ale mam pracę do wykonania i muszę się skupić.
Nienawidzę tego w sobie. Zamiast cieszyć się chwilą i celebrować fakt dostania się tutaj, myślę wyłącznie o jak najszybszym wykonaniu zadania. A przecież nie włączyliśmy nawet kamery, nie powiedzieliśmy słów, które zapisałyby się w dziejach ludzkości. Nie zrobiliśmy nic, co mogłoby zostać zapamiętane przez kogoś więcej, niż nas samych. Przez chwilę zastanawiam się nad włączeniem kamery, lecz w końcu ponownie zaczynam zbierać próbki. Szczypcami przenoszę kamyki do metalowych skrzynek, jednak kawałki skał co chwilę wypadają mi z narzędzi. Powtarzam czynność do skutku. To na nic. Odkładałam przyrządy z rezygnacją.
– Wierzysz w Niebo? – pytam Achillesa po chwili, zażenowana swoją słabą wolą i wyczuciem czasu. To nie moment, żeby pytać o takie rzeczy, ale nie mogę się powstrzymać. Oby Baza tego nie słyszała.
– Przecież w nim jesteśmy – mówi, jakby była to najoczywistsza rzecz we Wszechświecie.
– Mówię o tym Niebie-Niebie – uściślam. – Tym Niebie z Bogiem.
– Przecież to to samo – Achilles kuca koło mnie, niemal się przewracając. – Skoro Bóg jest wszędzie, to czemu miałoby istnieć inne Niebo niż to, w którym ciągle się znajdujemy?
Stukamy się hełmami.
– Nie czujesz się jak w raju?
Mimo tego, że tak naprawdę nasze twarze dzieli ponad pół metra, czuję jak policzki mi płoną. Jestem zbyt dziecinna. Dorośli nie robią takich rzeczy. Dorośli nie mają prawa się czerwienić, a już zdecydowanie nie ci dorośli w kosmosie.
Achilles chyba czyta mi w myślach, bo się śmieje.
– Tracisz tlen – zauważam.
– Dla takich momentów mógłbym stracić cały tlen z Ziemi, a nawet z całej Europy.
Dopiero po chwili rozumiem.
– Europa ma w stu procentach atmosferę stworzoną z tlenu.
– Wiem o tym – Achilles wstaje, nie spuszczając ze mnie wzroku – nie bez powodu jestem twoim drugim pilotem, Mleko – uśmiecha się, jednak widzę smutek w jego oczach. Dlaczego? – No dalej, spytaj mnie o cokolwiek.
Nie wiem, czy chce się przede mną popisać, czy coś udowodnić.
Zaczynam zarzucać go pytaniami, a on odpowiada na wszystko bez zająknięcia. Wymienia największe obiekty transneptunowe, zawartości pierwiastków w atmosferach ośmiu planet, masy gwiazd zna z dokładnością do trzech miejsc po przecinku. Pytam o gwiazdozbiory, galaktyki i mgławice. Nawet o rzeczy, których sama nie byłam w stanie zapamiętać, jednak on na wszystko odpowiada. Chcę znaleźć coś, czego mógłby nie wiedzieć.
– Mogę cię o coś spytać? – Achilles przerywa mi w końcu, gdy zaczynają kończyć mi się pytania. Kiwam głową niepewnie.
– Myślisz, że to nagroda? – głos pilota jest dziwnie wyprany z emocji, niemal komputerowy. Przez chwilę myślę, że to Baza, ale Baza rzadko mówi do nas o czymś, co nie dotyczy procedur lotu.
Ściągam brwi. Nie rozumiem.
– Przecież zasłużyliśmy na udział w tej misji, jesteśmy najlepsi.
– Jesteśmy tylko zwykłymi ludźmi w blaszanej puszce. Jesteśmy ponad siedemdziesiąt osiem milionów kilometrów od ogromnego kamienia unoszącego się w próżni, na którym żyje jedyne siedem miliardów rozumnych worków z mięsem, jakie istnieje – mówi. – Nadal myślisz, że to nagroda?
Wstaję i patrzę mu w oczy, tym razem bez nienawiści, złośliwości czy uporu. Chyba zaczynam rozumieć Achillesa.
Nikt nie zasłużył na taką samotność.
Pilot uśmiecha się. On chyba też już mnie rozumie.
Przechodzi koło mnie oraz narzędzi do zbierania próbek i zaczyna iść w stronę naszego statku kosmicznego. Patrzę, jak wymija go i znika z mojego pola widzenia. Ściągam brwi. Co się dzieje? Automatycznie przełączam częstotliwość radia na między załogowe i zaczynam iść w ślad za nim. Mijam statek i widzę go. Widzę jak idzie przed siebie, a światło tworzy słabą poświatę nad jego hełmem, odbijając się od szkła.
– Achilles-13, zgłoś się – mówię, jednak pilot nie reaguje. Idzie dalej, oddalając się ode mnie coraz bardziej. Podążam za nim. Widzę, jak zostawia za sobą narzędzia do pobierania próbek, które dotychczas trzymał w kieszeniach kombinezonu. Zaczynam się niepokoić. – Achilles-13, przecież mamy wytyczne! – krzyczę w jego stronę, jednak nawet się nie odwraca. – Dokąd idziesz?
– Nie wiem – przyznaje, zapewne wzruszając ramionami.
Mój oddech przyśpiesza, serce wariuje, oczy napełniają się łzami. Mam jeszcze tyle pytań bez odpowiedzi. Nie wiem, dlaczego zaczynam biec. Przecież ktoś inny mógłby wytłumaczyć mi Wszechświat, a nie ten nieodpowiedzialny, dziecinny, leniwy worek mięsa.
Jednak z drugiej strony…
Doganiam go, pochylając głowę i mimowolnie zamykam oczy, chroniąc się przed porywistym wiatrem. Gdy ustaje, powoli rozchylam powieki.
Achilles idzie przede mną w ciszy, a ja widzę tylko jego pięty.
… z drugiej strony fascynuje mnie swoją obojętnością.
Jakby tylko grawitacja trzymała go w tym Wszechświecie. 
© Agata | WS | x x.