stosowany w leczeniu zmęczenia szarą rzeczywistością

Zapraszamy do współpracy autorów zainteresowanych publikacją swoich tekstów na blogu. Jednocześnie zastrzegamy sobie prawo do selekcji nadesłanych utworów oraz ich korekty i redakcji (zatwierdzonych przed premierą przez autora).
eprozac.blogspot@gmail.com

Kalka: Helenka

wyzwanie: kwadrat, liście, pudełko, orzeszki z Tesco, łopatka od kremu czekoladowego

Przepływacie wartkim strumieniem przed oświetloną ladą. Rączki waszych dzieci opierają się o lśniącą szybę, pozostawiając na niej mozaikę linii papilarnych. Płaczliwe głosiki wibrują w waszych głowach, przewiercają czaszki na wylot, wbijają się w wasze mózgi monotonnym rytmem odwiecznego pragnienia posiadania. Wasze nozdrza drgają odurzone słodkością zapachów, wasze oczy uciekają w bok i starają się nie widzieć, a wasze wnętrzności skręcają się boleśnie. Walczycie ze sobą, ze swoim pożądaniem, ze swoim wyobrażeniem o sobie i ze swoim poczuciem realności.
Sięgacie do ukrytych w kieszeniach portfeli. Nerwowymi ruchami odliczacie monety, wasze drżące dłonie rzucają je przed siebie, jakby nie należały do was. Wyrzucacie z siebie słowa ciche i niewyraźne, gorączkowo przywołujecie swoje dzieci, skradacie się jak osaczone zwierzęta, strach ścieka z was niedotrzymaną obietnicą.
W tej jednej chwili podejmujecie tysiące decyzji. Spuszczacie wstydliwie wzrok, pospiesznie przesuwacie się w kolejce, udajecie, gracie rolę, jakby chodziło o coś wielkiego, jakby ten jeden drobny grzech mógł zniszczyć waszą pozycję w społeczeństwie. Rzucacie więc zdesperowane spojrzenia i zapewniacie siebie nawzajem tymi spojrzeniami, że to przecież nie dla was, że jesteście poważnymi ludźmi na diecie i macie świadomość, że cukier to biała śmierć, pamiętacie to wszystko ze szkoły, upewniacie siebie wzajemnie, że to dla tych dzieci uczepionych waszych nogawek i proszących płaczliwie. Tak niewiele wiecie o życiu.
Myślicie, że to ostatni raz i wiecie, że wrócicie tu jutro.
Wybija dwunasta.
Wygładza fartuszek i wychodzi do was jak starożytna kapłanka, oddzielona jasną ladą słodyczy z całą swoją wszechwładzą dostępu do jej skarbów.
Uśmiech.
– Dzień dobry, mam na imię Helena, jak mogę pomóc?

* * *
Jedną z konsekwencji posiadania wykształconych humanistycznie rodziców jest ryzyko otrzymania imienia o silnym rodowodzie kulturowym.
Bo jeśli, na przykład, czyjaś matka przypadkiem okaże się polską filolożką, pal licho, zostanie się najwyżej nową Marią Malczewskiego, Kmicicową Oleńką, ewentualnie natchnioną Rachelą czy spadkobierczynią geniuszu Elizy. Przy odrobinie szczęścia nikt o nic nie zapyta, imię jak imię, może nie najmodniejsze, ale przeciętne, mało kto pamięta, gdzie się już pojawiło i co właściwie oznaczało.
Jeśli jednak trafi się komuś matka, która filolożką jest klasyczną, o, to już gorzej, już presja pierwowzoru jest większa, już rodzinna anegdota urasta do rangi życiowej misji i zanim się człowiek zorientuje, już ciąży nad nim ileś setek tysięcy lat tradycji literatury, sztuki i kultury w ogóle, a rodzice zamiast codziennych seansów głupiutkich kreskówek w telewizji fundują mu lekturę antycznych epopei.
Jeśli natomiast postanawiają, owi humanistycznie wykształceni rodzice, nazwać swoją pociechę Heleną, wówczas, no cóż, ma owa pociecha po prostu przerąbane.
Wybierając dla Heleny imię, jej mama-filolożka myślała głównie o tym, że musi jej córka być co najmniej ładna, ażeby rzucać mężczyzn, nie zaś być przez nich rzucaną. Biedaczka nie przewidziała, że ich historia będzie miała z Homerem właśnie tyle wspólnego, ile zapewni im nieobecny przez dziesięć lat ojciec. Matka Heleny, wierna Penelopa, po owych dziesięciu latach, o których ojciec sam mówił, że „zleciały jak z bicza trzasnął”, powitała go ścierką i histerycznym płaczem.
Aby odkupić winę swej nieobecności, ojciec zabierał Helenę na rodzinne wyprawy, ze względu na swoje historyczne wykształcenie wyższe i złe traktowanie historyków na rynku pracy, ograniczone na ogół do wizyt w lokalach komercyjnych i tanich, położonych w pobliżu i w pełni zaspokajających wybredne gusta dziecięce.
Tak poznała Helena magiczne słowa „fast food” i „coś słodkiego”. I tak właśnie została grubą, pryszczatą Helenką z neurotyczną matką i ojcem z doskoku, Helenką w klasie pełnej Andżelik, Sandr i Nikoli, Helenką, która pociła się jak prosię po przebiegnięciu kilku metrów.
Aby przetrwać, musiała walczyć.

* * *
Czasem człowiekowi wydaje się, że zdobył pracę marzeń, choć prawda jest taka, że owa wymarzona praca jest pracą destrukcyjną i w jakimś stopniu go niszczy. Zmusza go bowiem do zrywania się o świcie, wychodzenia z domu i udawania szczęśliwej istoty, choć każdego szarego poranka człowiek ów patrzy w lustro z pogardą i widzi, jak z jego ciała coś wychodzi i pożera go bezlitośnie.
Za taką pracę można uznać zatrudnienie grubasa w cukierni. Kiedy bowiem jest się grubasem pracującym w cukierni, każda sekunda staje się walką z wszechświatem, epickim bojem toczonym w imię pozorów własnej wolności i dla ocalenia resztek honoru.
Na miejsce pracy grubas wstępuje jak gladiator na arenę pełną dzikich lwów. Czekolada obserwuje go ze wszystkich stron, bita śmietana nazywa swoim kochaniem, lukier puszcza mu perskie oko cukrową posypką, a odrobina kremu czekoladowego na łopatce do ciasta ma tylko jedno małe marzenie – zaprzyjaźnić się z nim i zamieszkać w otchłani jego pulchnego organizmu.
Niektóre walki są z góry skazane na porażkę.
– Helena, uśmiech – komenderuje Pan Szef i Helena uśmiecha się sztucznie, a kiszki grają jej marsza pogrzebowego. Gdyby choć Szef był brutalem, gdyby wystawał ze słodkiej rzeczywistości spoconym i obleśnym cielskiem lub tłustymi włosami, gdyby miał rybią paszczę zamiast ust albo chociaż wodniste oczy, może wtedy łatwiej byłoby Helenie znieść ironię uniwersum, w którym przyszła na świat.
Ale nie. Szef jest ekscentrycznym staruszkiem, eleganckim panem w szytym na miarę garniturze, panem owładniętym fobią czystości i lękiem przed salmonellą. Sterylnie higieniczny, ohydnie idealny w swojej doskonałości, przypomina jej, grubej Helenie sprzedającej ciastka w jego cukierni na dworcu, że życie skończyło się gdzieś na granicy odjeżdżającego z przeszywającym piskiem pociągu.
– Dzień dobry, mam na imię Helena, jak mogę pomóc?
Czasem człowiekowi wydaje się, że skoro płaci rachunki, to jest dorosłym człowiekiem.
Jego dwadzieścia pięć lat urąga mu w twarz.

* * *
Rytmiczne turkotanie pociągu usypia i wprawia w pełne napięcia podniecenie równocześnie. Wszystko zależy od perspektywy.
Kiedy siedzi się na peronie lub mości wygodnie w ciepłym przedziale, równomierne stukanie kół uspokaja rytm zabieganego serca i wprowadza w całkiem przyjemny, statyczny trans, który prowadzi od błogiej kontemplacji, poprzez znudzenie i lekką irytację, do odświeżającej drzemki.
Kiedy jednak przetacza się swoje zbuntowane ciało przez zatłoczoną stację i jedynie spojrzeniem dogania oddalający się pociąg, w którym powinno się właśnie śnić swoje marzenia, lub kiedy tkwi się w zatłoczonej cukierni i powtarza tę samą nudną kwestię, monotonia uderzeń doprowadza do szewskiej pasji, sprawia, że krew pulsuje silniej, serce uderza szybciej, na policzki występują rumieńce, a na czole pojawiają się krople potu.
Życie na dworcu bywa nużące, zwłaszcza, gdy świadomość pracy w przejściu podziemnym i mieszkania przy przejeździe kolejowym uderza do głowy ze zdwojoną siłą na widok toczącej się po szarych płytach walizki. Obrazy otaczają ze wszystkich stron, myśli wgniatają się w czaszkę, zapach świeżo upieczonego ciasta wypełnia całą postać, od czubka nosa po koniuszki palców.
Przemijanie – czasu, tłumu, przeznaczenia – to największy problem życia między pociągami.
Uśmiech, uśmiech. Kiszki grają marsza. Uśmiech, uśmiech. Kolejny pociąg. Uśmiech, uśmiech. Jeszcze tylko cztery godziny. Uśmiech, uśmiech. Po co się im przedstawiać? Uśmiech, uśmiech. Pan Szef kazał, jesteś nowa, nic nie wiesz. Uśmiech, uśmiech. Zaraz jedzie do stolicy, przewali się fala podróżnych. Uśmiech, uśmiech. Jak mogłaś ubrudzić fartuszek? Uśmiech, uśmiech. Ludzie wchodzą i odchodzą. Uśmiech, uśmiech. Wszystko trwa chwilę. Uśmiech, uśmiech.
Sapiące brzuszysko lokomotywy szczerzy się do grubej sprzedawczyni torowiskiem, gdy usilnie próbuje wyglądać na mniejszą.
Ach, Heleno.

* * *
Wchodzi do cukierni raźnym krokiem, staje pośrodku, poważnieje, pochyla głowę nad ladą tak, jak pochyla się głowy nad trumnami, zdaje się intensywnie nad czymś zastanawiać. Helena jest zmęczona, więc tylko patrzy na niego znudzona i mruga niepewnie oczami, gdy mgła przesłania jej na chwilę świat.
Kiedy pracuje się w miejscu takim, jak to, obserwacja ludzi nie pomaga. Ludzie pojawiają się co chwilę, pojawiają się na chwilę, pojawiają się tylko po to, by za chwilę zniknąć. Chwila goni chwilę, wskazówki dworcowego zegara wznoszą się i opadają ociężale, jak przejedzone słodyczami dzieci. Jeśli jest się artystą, nieustające exodusy twarzy mogą fascynować, jeśli jest się grubą Heleną w sklepie ze słodkościami, można skupić się jedynie na oddychaniu.
Pan Szef chrząka dyskretnie. Siedzi przy malutkim stoliku przy witrynie i rzuca Helenie wymowne spojrzenie, z którego odczytuje ona grzeczne, choć zniecierpliwione, tak dobrze jej znane: „Helena, uśmiech”.
Wkłada więc uśmiech i wkłada całą siłę woli w zrobienie tych trzech kroków, które dzielą ją od niego, od człowieka bez twarzy, który przyszedł i wciąż stoi pochylony nad ladą, jakby opłakiwał sernik wiedeński.
– Dzień dobry, mam na imię Helena, jak mogę pomóc?
Unosi głowę i patrzy na nią zdziwiony. Dziwi się także Helena. Dziwi się krzywo zawiązanemu, malinowemu krawatowi, dziwi się kwadratowej szczęce z kilkudniowym zarostem, dziwi garbatemu nosowi i oczom szarym, oczom w kolorze dworca.
Co się gapi, myśli sobie Helena, to tylko standardowa formułka, to tylko Pan Szef siedzący przy stoliku, to tylko jej uśmiech fałszywy, to tylko ona cała, to tylko kilkadziesiąt kilogramów zmęczonej istnieniem Helenki, co wciąż ma wyrzuty sumienia przez bycie cukiernikiem.
– Witam – kwadratowa szczęka wygląda na zdezorientowaną, więc uśmiecha się Helena kpiąco, nie życzliwie, a kpiąco właśnie, choć Pan Szef patrzy, choć nie za to jej Pan Szef płaci, by kpiła. Ale życie, myśli sobie, dość z niej zakpiło, nie czyniąc jej piękną, choć uczyniło Heleną.
– W czym mogę pomóc? – powtarza, starając się brzmieć grzecznie.
Do kwadratowej szczęki przyczepiona jest długa, chuda ręka zakończona dużym zegarkiem, z dużą tarczą i maleńkim zielonym listkiem na wskazówce sekundnika. Helena patrzy na ten zegarek i liczy szybko, że jeszcze tylko siedemnaście minut w słodko pachnącym piekle, siedemnaście minut z Panem Szefem i kwadratowymi szczękami, a potem zje pączka z budyniem i wróci do domu.
Ale on, właściciel szczęki, patrzy na Helenę nieobecny i uśmiecha się głupio. Szczapa z niego, chuda tyczka w luźnej marynarce z podwiniętymi rękawami, jego wysokość z irytująco kwadratową szczęką i dużymi dłońmi, dłońmi przypominającymi łopatki do kremu.
– W czym… – zaczyna znowu Helena, ale wchodzi jej w słowo ze swoim:
– Jestem Jeremiasz.
W myślach Helena dębieje z osłupienia, na zewnątrz pozwala ciału jedynie na wytrzeszczenie oczu, choć nie jest pewna, czy ciało ogranicza się do tego. Kiedy bowiem jest się grubą Heleną, trzeba liczyć się z tym, że pewna część masy wymyka się spod kontroli i zaczyna żyć własnym życiem, jak niepokorny kosmyk włosów, który wciąż uwalnia się spod białego czepka.
– Jestem Jeremiasz – tyczka jakby się jąka, zarumieniony jak świeża bułeczka. – Jestem Jeremiasz i mieszkam nad cukiernią.

* * *
Z odchudzaniem jest jak z dorastaniem. Człowiek spogląda w lustro i jest pewien, że dostrzega już pierwsze efekty, czuje nawet w powietrzu lekki swąd ulatniających się z jego ciała kilogramów i udaje mu się dopiąć spodnie za pierwszym razem. Wtedy jednak ktoś stawia przed nim wagę i okazuje się, że nieważne jest, co robił dotąd – ponieważ najwyraźniej robił to źle.
Helena stara się skupić myśli na układanych w kartonowym pudełku ciastkach, ale nużący głos kwadratowej szczęki otacza ją i pociąga za sobą w odmęty mglistego świata bez cukru i pociągów. Drzwi otwierają się z cichym zgrzytem i do środka wchodzi grupka ludzi z wielką walizką na kółkach, więc Helena odsuwa pudełko ciastek i wychyla się zza kawałka tyczkowatej wysokości, który ją przesłania, by sprzedać dwie drożdżówki z budyniem. Jej żołądek wibruje przyjaźnie na dźwięk słowa „budyń”, ale Helena karci go w myślach i powstrzymuje się od zjedzenia miniaturowego ptysia do momentu, gdy walizka znika z właścicielami w ciemnościach podziemnego przejścia.
– Ty chyba nie lubisz nocnych zmian – Jeremiasz pochyla się nad ladą i opiera łokcie na blacie. Helena przypomina sobie o jego obecności i wraca szybko do pakowania ciastek, które kupił. Dwunastu. Na kremie. Tłustym, wysokokalorycznym, obrzydliwie słodkim kremie czekoladowym w kolorze kawy z mlekiem.
– Masz chyba gości? – zmienia Helena temat, bo sobie nie wyobraża rozmów o swojej pracy i nie wyobraża też sobie, jak dwanaście ciastek znika w kwadratowej szczęce Jeremiasza.
– Gości? – Jeremiasz ziewa, pokazując nierówne zęby. – Nie, nie mam gości.
Helena zamyka pudełko i przesuwa w jego stronę.
Jeremiasz jest ochroniarzem w Tesco. To daje Helenie do myślenia. Kiedyś zapytała go, czy coś ukradł. Powiedział, że solone orzeszki, a potem dodał, że nigdy nic mu tak w życiu nie smakowało jak tamte kradzione orzeszki z Tesco. Helena zapytała wtedy, czym różni się smak kradzionych orzeszków od tych zwykłych, ale nie chciał odpowiedzieć. Z uśmiechem zaproponował, że kiedyś coś razem ukradną.
Kiedyś coś razem ukradną.
Kiedy jest się grubasem pracującym w cukierni, to nie myśli się o kradzieżach. Głównie dlatego, że na myśl przychodzi wówczas obraz siebie samego uciekającego przed policją. A przecież jest się grubasem, przecież dyszy się jak lokomotywa parowa po wejściu na drugie piętro.
Helena jest pewna, że ktoś by ich przyłapał.
– Za te ciastka to ci nie policzę – mówi.
A potem długo się zastanawia, dlaczego to powiedziała.

* * *
Fotele są niezwykle przyjaznymi meblami. Świetnie wpasowują się w każdą przestrzeń, nawet jeśli swoim staromodnym, pluszowym obiciem w wielkie kwiaty gryzą się z kanciastą, modernistyczną meblościanką kupowaną na części w markecie. To gryzienie się sprawia bowiem wrażenie bardziej przyjaznego podgryzania niż wzajemnego wypruwania sobie flaków.
Helena zdejmuje puchate kapcie, ustawia je obok dywanu, poprawia koc w tęczowe paski na oparciu fotela i mości się w nim wygodnie, dzierżąc kubek ze świeżymi liśćmi mięty w jednej ręce oraz pączek z budyniem w drugiej. Dopiero, gdy jest jej już całkiem ciepło i wygodnie orientuje się, że zapomniała zalać herbatę wrzątkiem. Patrzy bezradnie na swoje wyciągnięte dłonie, po czym podejmuje decyzję. wtyka kubek między oparcie fotela, a swoje pulchne boczki, a później wzdycha ciężko i zaczyna zjadać pączka z miną tak cierpiącą, jakby wcale nie miała ochoty go jeść, ale istnienie świata było uzależnione od jej procesów trawiennych.
Bawiąc się pogniecioną, klejącą się od lukru torebką nieprzyjazną środowisku, Helena wspomina dzieciństwo. Pamięta czekanie na ojca. I pamięta matczyne opowieści. Jest jej ciepło, słodko i coraz przyjemniej, a przywoływane pod przymkniętymi powiekami obrazy powoli rozmywają się w szeleście foliówki i przybierają niepokojące kształty Jeremiaszowej szczęki. Helenie się to nie podoba, Helenę to niepokoi.
Zamyka więc Helena oczy i skupia się na trawieniu.
To zawsze wychodziło jej najlepiej.
Ach, Heleno, Heleno.

* * *
Pan Szef siedzi przy stoliczku pod oknem i obserwuje Helenę. Ma w oczach wypisane swoje odwieczne: „Helena, uśmiech”, więc Helena uśmiecha się, choć uśmiech ma nieszczery i zupełnie zbędny, bo do kolejnego pociągu zostały dwie godziny, a w cukierni jest tylko Szef i Jeremiasz.
– Co tu właściwie robisz o tej porze? – pyta Helena ściszonym głosem, pochylając się nad pączkiem.
– Szukam świata – odpowiada Jeremiasz i patrzy na Helenę oczami, które mają być smutne, a są tylko szare i ponure, jak ciemne ściany dworca.
Na co on znów patrzy, zastanawia się Helena, przecież to tylko ona, to tylko rozmiar zdecydowanie za duży i tylko przestworza fartucha białego, to tylko czepek przykurzony grubej Helenki. Na co on patrzy, nie może rozgryźć Helena, przecież ona nie zamieni się nagle w kosmos ani mapę Europy.
– Świat zaczyna się chyba na następnej stacji – Helena wzdycha ciężko, ciąży jej ciężar własny i ciężar odpowiedzialności za świat. Podaje Jeremiaszowi pączka zapakowanego pięknie i starannie, jej ręka tkwi wyciągnięta wyczekująco, a Szef kręci się niespokojnie na krzesełku, bo nie rozumie, co się tam dzieje, co się dzieje przy jego jaśniejącej ladzie.
– Jeszcze bezę – Jeremiasz mruczy pod nosem, robi się niewyraźny. – Wiesz, już nie pracuję w Tesco.
Helena odkłada pączka i schyla się po bezę, starając się schylać z klasą, ale gdy ma się tyle kilogramów, co Helena, to pojęcie klasy staje się płynne i śmieszne. Zastanawia ją, czy wiedza o życiu Jeremiasza coś zmienia w jej własnym życiu. Wydaje jej się, że nie. Jego słowa krążą wokół niej jak zapach cukrowych listków na zamówionym torcie, podrażniają delikatnie zmysły i kuszą, tak jak kusi wszystko, co zapowiada piękną historię, ale nie należy do niej.
Podaje mu bezę owiniętą starannie w szary papier, kładzie na niej pączka i wyciąga dłoń po starannie odliczone monety. Jeremiasz patrzy na nią w milczeniu, ona wie, że patrzy, czuje jego wzrok, jego wzrok ma zapach czekolady, a dłonie przypominają wielkie łopatki do kremu, na końcu dłoni natomiast zegarek.
Zegarek pokazuje, że jeszcze dużo czasu do końca zmiany.
– To cześć – mówi Jeremiasz i odwraca się, a Szef w kącie oddycha z ulgą, bo dziwna wydała mu się sytuacja z tym dziwnym człowiekiem, który mieszka nad cukiernią i wraca do domu ciemną nocą.
– Cześć – odpowiada Helenka, ale Jeremiasz już jest za drzwiami i pewnie nie słyszy.

* * *
Czasem człowiek czuje się jak nadgryziony, upuszczony pączek. Okrągły donut muśnięty różowym lukrem i tęczową posypką, pozbawiony nadzienia, smutny w swoim upuszczeniu i oblepiony kurzem ulicy.
Czasem człowiek czuje, jak dzikie mrówki obchodzą jego porzucone ciało i rozdzierają na miliony kawałeczków.
Czasem człowiek chce coś zrobić, ale jest tylko różowym donutem, więc poddaje się i czeka biernie na swój ostateczny rozkład.
Czasem człowiek rzuca się pod pociąg.
Smutno być pociągiem, pod który ktoś się rzuca. Zbyt dużym i ciężkim, by dać przeznaczeniu szansę na zmianę decyzji. Zbyt szybkim, by zmienić je samemu. Zbyt wolnym na wykolejenie. Zbyt, zawsze zbyt.
Biedny pociągu uwięziony w torach, biedny pociągu zatrzymany między dwoma srebrnymi taśmami, biedny pociągu skazany na parcie do przodu pomimo tego istnienia, które gdzieś się rozpłynęło na drewnianych sztachetach pod tobą. Żałuje ciebie, biedny pociągu, gruba Helena, i żałuje, że sama nie wpadła pod ciebie, bo wierzy, że odbiłbyś się miękko od jej płynnego ciała.
– Nie musisz być piękna – powiedział Jeremiasz, gdy pakowała jego biszkopty.
Wyobraża sobie Helena ciebie, pociągu, wjeżdżającego w torebkę cukru, i wyobraża sobie cukier rozsypany na torach.

* * *
Helena trzyma ręce w kieszeniach i patrzy na Jeremiasza uważnie.
Jeremiasz też patrzy na Helenę, też ma ręce w kieszeniach, tylko stoi za szybą i jego ręce w kieszeniach nie mieszczą się całe, bo są za duże.
Patrzą tak na siebie, ignorując zupełnie Szefa siedzącego przy stoliczku w kącie.
Zastanawia się Helena, czy Szef wie.
Jeremiasz zastanawia się, czy Helena wie.
Szef też się zastanawia, ale sam nie potrafi powiedzieć, nad czym właściwie. Przygląda się tylko przyczajonej w cieniu grubej Helenie. Wydaje mu się, że Helena jest szczęśliwym człowiekiem. Wydaje mu się też, że w życiu zawsze musi o coś chodzić, gdy tymczasem Helena opiera się sensom jak żołądek trzydniowemu ciastku na bitej śmietanie.
A potem przyjeżdża pociąg ze stolicy i do cukierni wtłacza się mnóstwo walizek.
Do walizek uwiązani są ludzie.
Helena patrzy na nich i starannie analizuje swój świat. Wdycha powietrze. Kilometry pociągów i kilogramy cukru przepływają harmonijnie jej układem oddechowym, wpadają nosem i ustami, wplątują się we włosy, zanurzają się w oczach i przenikają do mózgu z tępym tykaniem czyjegoś zegarka.
Helenie świat jest obojętny. Helena nie wierzy w przeznaczenie.
– Zjedzcie mnie – mówi Helena, wkraczając do przybytku słodkiego i lepkiego.
Tłum otacza ją ze wszystkich stron, napływa z całego świata.
Helena tylko chciała być piękna.
Ach, Heleno. 
© Agata | WS | x x.