wyzwanie:
Krzesław ze Szczekocin, „zaśpijmy dziś”
Między
niedzielą a poniedziałkiem czas się nie liczył. Chociaż powinien, i Blanka o
tym wiedziała. Wiedziała też, że za kilka godzin powinna wstać, wyjść do
świata, zdążyć na autobus i kupić swoje ulubione bułki. Część z bułkami była
najprzyjemniejsza, bo autobusy, niby trzymające się rozkładu, tak naprawdę
jeździły, jak chciały.
Blanka
naciągnęła kołdrę na nos i cicho westchnęła. Leżący obok Leon tylko obrócił się
na drugi bok. Zazdrościła mu, że tak szybko potrafił zasnąć i ze spokojem
przespać całą noc mimo nieznośnych sąsiadów za ścianą. O, właśnie znowu na
chwilę przestali na siebie krzyczeć i włączyli pralkę. Dziwni ludzie. Blanka
nigdy nie rozumiała, jak można robić pranie w środku nocy.
Po
cichu wstała z łóżka i nawet całkiem bezproblemowo doszła do kuchni, nie zapalając
światła. Odkąd wprowadził się Leon, po mieszkaniu magicznie przestały się walać
ubrania, książki czy opakowania po jogurtach. A tak naprawdę nikt jakoś
specjalnie nie sprzątał. Może zwyczajnie oboje trochę dojrzeli do jako takiego
utrzymywania porządku. Albo jeszcze chciało im się przed tą drugą osobą udawać,
że wcale nie byli aż takimi bałaganiarzami.
Światła,
przez które miasto nigdy porządnie nie zasypiało, wpadały przez niezasłonięte okno
do kuchni i tworzyły śmieszne wzory na kafelkach. Blanka wyciągnęła z lodówki
pierwszy z brzegu zielony sok. Wychodziła z założenia, że każde zielone picie
dobrze smakowało. Tak samo jak każde niebieskie perfumy ładnie pachniały. Nawet
nie szukała kubka, Leon i tak nie tykał niczego, co było niegazowane. Duszkiem
wypiła pół
butelki, prawie się krztusząc.
Coś
mocno błysnęło za oknem i Blanka dostrzegła siedzącego na stole sir Krzesława
ze Szczekocin.
Sir
Krzesław ze Szczekocin był pluszowym mrówkojadem. Pojawił się w życiu Blanki jakieś
kilka lat wcześniej za sprawą jednego z internetowych znajomych mieszkającego w
Szczekocinach. Przyszedł pocztą w bardzo ładnym kartoniku i z karteczką: Nazywam się Krzesław. Szybko stał się
znany jako Krzesław ze Szczekocin, a niedługo potem został pasowany na rycerza.
Był ulubionym pluszakiem, któremu powierzała wątpliwości i żale. Stanowił część
całkiem pokaźnej kolekcji i razem z panią Kaczuchą (bardzo mięciutką żółtą
kaczką) pomagali Blance w trudnych chwilach.
Blanka
wpadła na krzesło, próbując sięgnąć po sir Krzesława. Narobiła przez to trochę
hałasu, ale zbytnio się nie przejęła i przytuliła mrówkojada. Pomogło choć
trochę uspokoić myśli.
–
Znowu nie możesz zasnąć?
W
drzwiach kuchni stał Leon.
–
Obudziłam cię? Przepraszam.
Tylko
pokręcił głową.
–
Jestem zbyt zmęczona, żeby spać.
Milczała
przez chwilę, wpatrując się w okno.
–
Wiesz, zawsze myślałam, że w tym wieku będę już życiowo ogarnięta.
–
I niby nie jesteś?
–
Jest już bardziej poniedziałek niż niedziela, a ja stoję boso w kuchni z sir
Krzesławem i butelką kubusia w rękach. To trochę odbiega od moich wyobrażeń.
–
Więc może powinnaś przemyśleć je na nowo?
Spojrzeli
sobie w oczy. Pralka u sąsiadów w końcu ucichła. Leon pokręcił głową.
–
Zaśpijmy dziś, co? Zaśpijmy do życia.
Blanka
uśmiechnęła się lekko.
–
To brzmi jak wcale niezgorszy plan.
***
Tamtego
dnia Blanka narzekała, że zabrakło jej ulubionych bułek.