wyzwanie:
konie na Halloween
Sobota,
dziesiąta rano, koniec października.
Za
oknem pada deszcz, ale małe mieszkanie Adama jest ciepłe i całkiem przytulne,
pomimo ogólnego nieporządku. Ustawione na parapecie stosy książek pachną
kurzem, odrobiną mądrości i całą swoją biblioteczną historią, którą przytargały
tu ze sobą – plamami kawy, okruchami ciastek, a nawet zasuszonymi płatkami
kwiatów czy owadzich skrzydełek.
Brzdąc
siedzi przy kuchennym stole, świetnie wpisując się w otoczenie. Jest ubrany w
przykrótkie spodenki i zieloną koszulkę z krzywym, ręcznie namalowanym
specjalnymi farbkami drzewkiem. Jego bose stopy kołyszą się przynajmniej
dwadzieścia centymetrów nad podłogą, a drobne dłonie ściskają pewnie scyzoryk
ginący w nieprzyjemnie pachnącej dyni. Chłopiec wzdycha ciężko, gdy włosy wpadają
mu do oczu.
Adam
przygląda mu się znad książek i bardzo stara się nie zasnąć. Brzdąc przyszedł
do jego mieszkania już o ósmej, rozżalony i zapłakany, bo chciał mieć dynię na
Halloween, a jego mama uznała to za amerykańską głupotę i kazała uczyć się na
kartkówkę z mnożenia. Adam otworzył mu drzwi zaspany i nieświeży, przez całą
noc próbował bowiem napisać artykuł o owadach typu arthropoda. W pierwszej
chwili chciał się nawet wymówić pracą, ale na widok smutnej buzi Brzdąca
zapomniał na chwilę o problemach skali mikro i pojechali razem do sklepu, żeby
kupić dynię.
–
Adam? – Brzdąc podrywa nagle główkę znad pomarańczowej papki i marszczy
śmiesznie nos, a Adam zastanawia się, czy nie mógłby go zatrzymać na zawsze w
metrze trzydzieści i mlecznych zębach. – Adam, pójdziesz z nami?
Adam
nie ma ochoty odpowiadać, choć rozważył już wszystkie możliwości. Pójście z
Brzdącem na szkolną zabawę oznacza spotkanie z jego mamą, a więc także dużą
ilość wyrzutów i pretensji, oraz dziwne spojrzenia pani psycholożki, do której
mama każe Brzdącowi chodzić. Odmowa wiąże się z wielką awanturą na telefon i
oskarżeniem, jakoby ktoś, a konkretnie Adam, wcale nie interesował się
chłopcem. A przecież Adam się stara.
–
Nie wiem – mówi więc i obserwuje reakcję małego. Ten nie wydaje się przejęty,
jest raczej zamyślony i nie skupia się już tak bardzo na rozłupywaniu dyni,
dźga bezmyślnie przypadkowe kawałki rozrzucone na blacie. – Chciałbym iść, ale
mam dużo pracy. I chyba nie wszyscy się ucieszą na mój widok.
Brzdąc
odkłada scyzoryk i patrzy na Adama poważnie.
–
Mama mówi… – zacina się na chwilę. – Mama mówi, że się jej boisz.
Adamowi
robi się dziwnie. Otwiera usta, żeby zaprzeczyć, ale zaraz uświadamia sobie, że
rzeczywiście trochę się boi Brzdącowej mamy. Próbuje przez chwilę zdefiniować
jakoś swoją relację z kobietą, choćby po to, by mały mógł zrozumieć jego
powody, ale brak odpowiednich słów nie pozwala mu na żadne wyjaśnienia.
–
To nie tak, że się jej boję – wyjaśnia, żeby nie milczeć za długo, bo Brzdąc
mógłby się martwić. – Raczej chodzi o to, że ona mnie na ogół źle rozumie,
wiesz?
Brzdąc
akceptuje chyba odpowiedź, bo kiwa tylko głową i więcej się nie odzywa.
Zupełnie inaczej niż jego mama, która pewnie miałaby mnóstwo rzeczy do
powiedzenia i o wiele lepiej wiedziała, co Adam właściwie chciał powiedzieć.
Ale Brzdąc w ogóle nie jest do mamy podobny. Pani w szkole mówi, że ma jej
oczy, ale według Adama te Brzdącowe są bardziej błyszczące i wydają się
głębsze, jakby mały ukrywał w nich coś ważnego, czego jeszcze ani mama, ani
Adam, ani pani w szkole nie potrafią określić.
*
* *
Wtorek,
godzina siedemnasta. piąty dzień walki z dynią.
Brzdąc
przychodzi codziennie i wytrwale rzeźbi we wściekle pomarańczowych baniach.
Zrobił już całą kolekcję lampionów, które stoją na kuchennym parapecie,
pomiędzy książkami, i straszą Adama każdego ranka, gdy zagląda tam, żeby zrobić
sobie kawę. Ta jedna jedyna, idealna dynia na szkolną zabawę jeszcze nie
powstała.
–
Czemu jesteś smutny, Adam? – Brzdąc ma na koszulce pokracznego robota z
balonem, bo kiedyś wierzył, że tylko roboty lubiące kolorowe balony nie mają
morderczych zamiarów względem jego osoby. Adam przestaje wpatrywać się
bezmyślnie w kwadratowy rysunek i zaczyna wpatrywać się bezmyślnie w strapioną
twarzyczkę Brzdąca. Kiedy jednak przez dłuższą chwilę chłopiec patrzy na niego
wyczekująco, otrząsa się i zaczyna nerwowo przekładać rozrzucone na stole
notatki o owadach typu arthropoda.
–
Czemu? – powtarza mechanicznie, próbując skupić się na rzeczywistości. – Czemu?
Bo tak czasem jest, tak sądzę. Tak czasem musi być.
–
Jak? – Brzdąc się nie poddaje i dzielnie brnie w rozmowę, choć rozmowy z Adamem
bywają trudne. To trochę Adama rozczula, zawsze go rozczulało, bo lubi myśleć o
Brzdącu jako o chłopcu inteligentnym.
–
Jak czasem musi być? – upewnia się, czy dobrze zrozumiał pytanie, a Brzdąc
przytakuje skinięciem głowy i opiera buzię na dłoniach. – Smutno. Musi być
smutno, bo tylko tak możemy potem poznać, że jest wesoło.
–
To głupie – chłopiec odłupuje kawałek dyni i wbija w niego ząbki, krzywiąc
buzię. Nie smakuje mu jednak, więc krzywi się jeszcze bardziej. Jest przy tym
tak słodki, że aż Adam uśmiecha się szeroko i nie chce już wcale kończyć
artykułu, chce już zawsze być głupi i mówić głupie rzeczy, byle tylko mieć
Brzdąca przy sobie i słuchać jego mądrego, prawie dziewczęcego głosiku z nutą
chrypki na skraju gardła. – Nie można być smutnym, bo musi być smutno. To
kiepski powód.
–
Myślisz, że świat działa inaczej? – ramiona Adama opadają. Cały Adam wydaje się
opadać, jest bezwładny, siedzi na taborecie jedynie siłą przyzwyczajenia i
myślami o obiedzie, którego znów nie przygotował. Reszta, wszystko, co
kiedykolwiek się dla niego liczyło, już dawno zniknęło z jego kuchni,
zostawiając po sobie jedynie Brzdąca.
–
Myślę, że jesteś w takim wieku, Adam
–
Jakim?
–
Takim, kiedy wszystko wydaje się smutne.
I
wtedy dzwoni telefon, ale Adam nie odbiera, bo to dzwoni mama Brzdąca, a on już
dawno powinien był Brzdąca odwieźć do domu i nie ma ochoty tłumaczyć, dlaczego
tego nie zrobił. Kładzie komórkę na stole i patrzą razem z Brzdącem, jak
wibrujący aparat obraca się wokół własnej osi, migając czerwoną lampką. Adamowi
kilka liter z wyświetlacza układa się w głowie w obraz włochatej, czarnej
bestii wciągającej go do otworzonego skalpelem wnętrza człowieka bez twarzy.
Brzdąc
opiera głowę na blacie, nie spuszczając wzroku z dzwoniącego aparatu. Jest
spokojny i śliczny w swoim zamyśleniu. W dodatku ma takie ładne oczy, wielkie i
granatowe, w które można bardzo długo patrzeć i zastanawiać się, dokąd mogą
zaprowadzić, ale tego nie dowie się Adam, nie dowie się też mama Brzdąca, może
nawet Brzdąc nigdy się nie dowie, będzie musiał dopiero znaleźć kogoś, komu
będzie się chciało zmarnować życie na patrzeniu w ten granat i błądzeniu po
jego decyzjach.
Kiedy
telefon milknie, Adam wystukuje palcami na blacie rytm ulubionej piosenki
Brzdąca, wciąż wpatrując się w oczy małego. Robi to, dopóki powieki chłopca nie
zaczynają opadać, a on sam nie rozluźnia mięśni i nie wyrównuje oddechu. Wtedy
bierze go delikatnie na ręce i przenosi do swojego łóżka.
–
Mama mówi, że nigdy nie będziesz szczęśliwy – wyznaje na wpół sennie Brzdąc w
jego ramię.
–
W porządku – uspokaja chłopca, okrywając
go kołdrą.
Przez
kolejne trzy noce zastanawia się, jak wyjaśnić małemu, że to on podejmie kiedyś
decyzję, czy Adam ma jeszcze do tego prawo.
*
* *
Czwartek,
dziewiętnasta, wypadki.
Adam
stoi przed lustrem, próbując nie zaciąć się przy goleniu i myśli o swoim życiu.
Czuje się podle. Jakby był pierwszym człowiekiem na świecie – wersją próbną,
nie do końca udaną, odesłaną z początków czasów do tego deszczowego
października, by naprawić coś, co zepsuł bardzo dawno temu. Prawdziwy mężczyzna
nie unika odpowiedzialności, tak sądzi Adam, ale nie wie już, czym jest
odpowiedzialność i czy rozumie ją dobrze.
–
Adam? – Brzdąc zagląda nieśmiało do łazienki. Adam dostrzega w lustrze jego
lśniące od łez oczy i odwraca się szybko. Chłopiec spuszcza wzrok i bez słowa
pokazuje rozcięty scyzorykiem palec, z którego cieniutką strużką sączy się krew.
Chwilę
później obaj siedzą na brzegu wanny. Brzdąc dmucha niepewnie na zaklejoną
plastrem rankę i uśmiecha się do Adama, który wciąż ma na policzkach białą,
kremową papkę.
–
Wiesz, to chyba nie był dobry pomysł – mówi w końcu Adam, pokazując na rękę
chłopca. – Twoja mama będzie na nas zła.
Brzdąc
nie wydaje się zmartwiony.
–
Powinieneś ogolić też drugą połowę twarzy – podpowiada, próbując zachować
powagę, ale śmiech i tak wyrywa się z jego gardła. – Jak pojedziesz tak ze mną
do szkoły, to dopiero będzie zła. I ta pani psycholożka. Oczy jej wypadną z
wrażenia.
–
Ona wciąż pyta, czy dobrze cię pilnuje – Adam wstaje z niechęcią i sięga po
maszynkę.
–
To możesz jej powiedzieć… – Brzdąc myśli przez chwilę, wciąż chichocząc, a
potem nagle cichnie, patrzy na Adama z powagą i kończy:
–
Powiedz jej, że pilnujesz mnie lepiej niż siebie.
Przebiegający
po powierzchni lustra pająk przypomina Adamowi, że potrafi rozmawiać prawie
tylko o stawonogach, smażyć jajecznicę i otwierać wykałaczką zamek w drzwiach
od łazienki. Odbicie twarzy Brzdąca przypomina mu, że jest najważniejszym
człowiekiem na świecie.
*
* *
Piątek,
ostatni dzień października, szkoła.
Adam
czuje się zagubiony wśród tłumu rodziców. Przypomina mu się jego pierwszy dzień
w szkole i żałuje trochę, że nie może iść do Brzdąca i jego kolegów, by się z
nimi pobawić – pasowałby tam bardziej niż do tych wszystkich dorosłych i
odpowiedzialnych ludzi, którzy rozmawiają o rachunkach, okropnej pracy i
wychowaniu. Nie ma nawet za złe mamie Brzdąca jej srogiego spojrzenia, cieszy
się jej znajomą obecnością.
–
Mały psotnik twierdzi, że nazywa się Robin – dowiaduje się Adam od Brzdącowej
mamy. – Mówi, że to imię Robin Hooda, pomocnika Batmana, nazwa ptaka….
–
Takiego brązowego, z pomarańczowym brzuszkiem – wtrąca Adam, bo wydaje mu się,
że skoro już coś wie na pewno, to warto o tym wspomnieć, ale mama Brzdąca nie
wygląda na zachwyconą. Patrzy wzrokiem żądającym wyjaśnień. Adam wyjaśnia więc,
że przecież Halloween to wigilia Wszystkich Świętych, dlatego ustalili z
Brzdącem, że tego dnia chłopiec może nazywać się tak, jak chce, tym bardziej że
jego oficjalne imię wcale nie jest jego.
–
A niby czyje? – głos mamy Brzdąca podnosi się nieprzyjemnie.
Adam
ma poczucie, że nie powinien nic mówić, bo to ich tajemnica, jego i Brzdąca, więc
żadna matka nie będzie się w to mieszać, ale patrzy w pełne łez, zmartwione
oczy kobiety i coś mu podpowiada, żeby jednak wyjaśnić, że to imię to przecież
ona sama wybrała, w dodatku zrobiła to, gdy jeszcze nic o Brzdącu wiedzieć nie
mogła. Wtedy po jej policzkach zaczynają płynąć łzy i do Adama dociera
nienaturalnie ciche i smutne pytanie, czy uważa ją za złą matkę.
Adam
patrzy w zmartwione oczy. Nie są tak granatowe jak te Brzdąca, ale kiedyś
uważał je za naprawdę śliczne. To było dawno, gdy jeszcze wpatrywały się w
niego z czułością i odbijały gwiazdy letniego nieba.
–
Nie jesteś złą matką – słyszy swój głos i zaczyna się bać, czy znów nie powie
czegoś źle. – To imię to tylko, żeby wiedział… Żeby wiedział, że może być, kim
chce.
Nie
potrafi ocenić, jaką odpowiedzią są zapłakane oczy Brzdącowej mamy. Przez
chwilę ważny jest tylko ich granat i to, że Adam musi objąć ten granat, żeby
nie rozsypał się przypadkiem, bo wtedy Brzdąc nie byłby Brzdącem. I przez
chwilę jest całkiem miło, choć też całkiem niezręcznie.
I
wtedy przychodzi brzdąc.
–
Cześć, Robin – mówi mama Brzdąca, odsuwając się od Adama.
–
Cześć – odpowiada Brzdąc i patrzy na nich długo.
*
* *
Wciąż
piątek, choć już druga w nocy.
Adam
wkłada do ostatniej dyni zapaloną świeczkę, gasi światło i siada przy stole.
Żółtawa poświata drży przed nim i na nim, nie dosięga jedynie jego długiego
cienia na ścianie. Chciałby się schować w tym cieniu, bo już chyba nic innego
mu nie pozostało. Dynie Brzdąca zgniją w końcu, wiedział to, powiedziały mu to
przykurzone książki na parapecie, choć kiedy mu to mówiły, nie przewidywał, że
będzie tak bardzo żałował tej wiedzy. Wolałby wpatrywać się teraz w lampiony,
łudząc się nadzieją ich wiecznego trwania.
Adam
sądzi, że gdyby rzeczywiście był pierwszym człowiekiem na świecie, świat
skończyłby się jeszcze zanim powstałby do końca.
Przed
oczami ma kawałki szkła i wciąż wydaje mu się, że słyszy piski hamulców.
Brzdąc
zawsze mówił, że jeśli nie pójdą spać, to jutro nie nadejdzie.
*
* *
Piątek,
ostatni dzień października, pierwszy dzień świata.
–
Cześć – odpowiedział Brzdąc i patrzył na nich długo. A potem podał mamie dynię
z zapaloną świeczką i powiedział:
–
To dla was. To arthropoda. Bo wiesz, tata kocha tego robala – i uśmiechnął się do Adama, i chwycił swoją małą rączką jego dłoń, a Adam był
jakby szczęśliwy.
Mimo
że Brzdącowy robal wyglądał jak konie w galopie.