stosowany w leczeniu zmęczenia szarą rzeczywistością

Zapraszamy do współpracy autorów zainteresowanych publikacją swoich tekstów na blogu. Jednocześnie zastrzegamy sobie prawo do selekcji nadesłanych utworów oraz ich korekty i redakcji (zatwierdzonych przed premierą przez autora).
eprozac.blogspot@gmail.com

Goście: Malkiem #3

wyzwanie: http://eprozac.tumblr.com/post/82590235729 + len, kwestie z kieszeni, zawijas, „kot wlazł mi na klawiaturę”, kratka

Śmierć patrzy na mnie swoimi wielkimi, pustymi oczami.
Od zawsze spogląda nieco rozbawiona, jakby chciała mi powiedzieć: Na ciebie też przyjdzie pora. Boję się tej chwili, kiedy przyjdzie po mnie. Nie obawiam się jej, ale tego, że nie ma Nieba, że nie ma duszy, że ludzie po prostu wmawiają to sobie, aby lepiej się poczuć. Boję się, że moja tożsamość rozpłynie się w nicości, że wraz ze śmiercią ciała umrą też moje myśli.
Jednak był taki moment, kiedy chciałem odejść w pustkę.
Chciałem odejść zamiast Niej.
Było to niemożliwe, więc odeszła Ona.
Mam nadzieję, że odeszła, że nie wtopiła się w niebyt.
Egzystowałem dalej, bo nie mogłem zrobić nic innego.

* * *
Budzę się w pokoju gościnnym, słysząc dzwoniącą komórkę. Przez chwilę nie jestem pewien, dlaczego śpię akurat tutaj, ale po chwili przypominam sobie, że poprzedniego wieczora pustka na miejscu obok mnie była wręcz nieznośna. Pojedyncze łóżko w pokoju gościnnym nie sprawiało takich problemów.
– Tak? – rzucam opryskliwie, przykładając telefon do ucha, jeszcze nie całkiem rozbudzony.
– Musisz wrócić do normalnego życia – to głos Marty, właścicielki pisma, do którego kiedyś pisałem artykuły. Wydaje się być zupełnie niezrażona moim tonem. – Ostatni tekst dostałam od ciebie dwa miesiące temu i był napisany w tak grobowej atmosferze, że nie można go było wydać. Wczoraj miałeś skończyć pisać kolejny.
– Obudziłaś mnie – burczę, starając się wymyślić jakąś sensowną odpowiedź. Oczywiście nic nie napisałem. – Jeszcze nie skończyłem – mówię w końcu.
– Marna wymówka. Masz czas do jutra. Jeśli nic nie wymyślisz, to koniec z pensją, którą i tak dostawałeś za nic, bo znam twoją sytuację – milknie na chwilę. – Jeśli mogę ci jakoś pomóc... – nie kończy.
– Tylko ty jeszcze próbujesz coś z tym zrobić i naprawdę to doceniam, Marta. – To prawda. Wszyscy inni moi znajomi dawno uznali wszelkie próby pomocy za bezsensowne. – Jesteś moją prawdziwą przyjaciółką, ale muszę poradzić sobie z tym sam.
– Radzisz sobie z tym sam od pół roku! Jak tak dalej pójdzie, przestaniesz wychodzić z domu, a że nikt cię nie odwiedza, twojego zasuszonego trupa policja znajdzie po paru tygodniach! – wydaje się autentycznie zatroskana. – Naprawdę się o ciebie martwię – głos jej się łamie. Po chwili słyszę urywany szloch.
– Nie bój się – mruczę nieprzekonująco. – Będzie dobrze – dodaję do mojej wypowiedzi najgłupsze kłamstwo świata. Wcale nie będzie.
– Pozbieraj się – rzuca, hamując na chwilę płacz i rozłączając się.
Jej słowa brzmią mi w uszach cały dzień.
Pozbieraj się.

* * *
Rudy kocur, ułożony wygodnie na klawiaturze stojącego na biurku laptopa, też mi się przygląda. Mam zamiar go zrzucić, ale po chwili rezygnuję i siadam obok z książką w dłoni. Nie mogę się skupić, zwierzę świdruje mnie wzrokiem. Próbuję przeczytać kilka zdań na głos; nie działa.
Kot nareszcie wstaje, przeciąga się, drapiąc pazurami blat biurka. Miękko zeskakuje na podłogę i spokojnym krokiem wychodzi z pokoju. Patrzę za nim przez chwilę i sięgam po laptop. Kilkakrotnie wciskam przycisk uruchomienia. Ekran pozostaje czarny, najwyraźniej komputer jest rozładowany. Nie mam ochoty teraz szukać zasilacza.
Może jutro sprawdzę, co jest zapisane na dysku.
Minęło pół roku od Jej śmierci, a wciąż ciężko mi się zmusić, żeby przejrzeć zawartość laptopa.
Odkładam go i biorę do ręki książkę.
Dawno nie wydawała mi się tak wciągająca.

* * *
Kościół był niemal pusty. Tylko kilka ławek przy ołtarzu zajęła najbliższa rodzina. Byli tam moi oraz Jej rodzice, rodzeństwo, może ze dwie starsze ciotki i to właściwie tyle. Skromna ceremonia dla skromnej osoby.
Ksiądz przy mównicy wyjął skądś kartkę i zaczął przemawiać, nawet nie starając się udawać, że mówi szczerze. I tak nikt go nie słuchał. Stojąca nieopodal trumna przez całą mszę skupiała na sobie uwagę wszystkich zebranych.
Wychodząc z kościoła, spostrzegłem jeszcze jedną osobę. Siedzący w ostatniej ławce nieznajomy mężczyzna, ubrany w elegancki garnitur patrzył na mnie ze współczuciem i smutkiem.
Mimo że nie było go już na samym pogrzebie, wciąż zastanawiałem się, kim mógł być ten tajemniczy człowiek ze starannie przystrzyżoną rudą brodą i pojedynczym białym piórkiem, wpiętym w klapę marynarki.
– Nie chciałaby, żebyś z tego powodu rozpaczał.
Drgnąłem, kiedy podeszła do mnie Jej matka. Przyjaźniła się z moimi rodzicami, a co za tym idzie, znała mnie od dziecka i chyba zdążyła poznać mnie na tyle, żeby wiedzieć, że nie byłbym w stanie pokazać komukolwiek swoich łez.
– Skąd pani wie, czego by chciała? – spytałem impulsywnie, w tej samej chwili żałując swych słów. – Przepraszam – powiedziałem. – To było głupie pytanie. Jest pani Jej matką.
Kiedy uśmiechnęła się do mnie łagodnie, przełamując ból, ujrzałem w jej błękitnych oczach, tak podobnych do oczu córki, zrozumienie.
– Nie musisz przepraszać.

* * *
Idę szybko ulicą. Nie mam powodu, żeby się spieszyć, jednak chciałbym być z powrotem w domu jak najszybciej, szczególnie że czeka mnie przynajmniej pół godziny jazdy autobusem i pół godziny spaceru dróżkami wśród pól.
Obiad u rodziców okazał się okropnym pomysłem. Wszystko było dobrze, póki ojciec w połowie posiłku nie zaczął mówić, że po takim czasie powinienem wracać już do normalnego życia, zamiast ciągle przesiadywać w domu i rozpamiętywać Jej śmierć. Nie dokańczając więc nawet posiłku, wstałem od stołu, pożegnałem się z matką i szybko opuściłem mieszkanie rodziców.
Z naprzeciwka idzie dziarskim krokiem uśmiechnięty, sprawiający dziwne wrażenie mężczyzna. Zimowa czapka z pomponem i gruby sweter zupełnie nie pasują do pogody w połowie lipca, a zaniedbana, ruda broda sprawia, że mężczyzna wyróżnia się z tłumu. Jakby sam jego plecak z brązowym piórem przy zapięciu, poruszający się, jakby było w nim coś żywego, nie był wystarczająco dziwny. Nie zastanawiam się jednak nad tym. W mieście można spotkać wielu dziwaków.
Mijając mnie, mężczyzna uśmiecha się jeszcze szerzej, choć do tej pory nie wydawało się to możliwe. Niemal odpowiadam tym samym.
Niemal.

* * *
Dróżka wije się wśród złotych pól. Rzadko ktoś tędy przejeżdża czy przechodzi, ponieważ prowadzi ona tylko do mojego domu przy lesie i pobliskich zbożowych łanów.
Słońce przyjemnie grzeje mnie w plecy, gdy idę przed siebie. Pogoda jakby błagała, żebym okazał zadowolenie, jednak ciężar na sercu wciąż nie pozwala moim wargom wygiąć się choć odrobinę.
Zielona kreska na tle jasnej pszenicy zwraca moją uwagę. Podchodzę bliżej. Niepozorny kwiatuszek o wątłej łodyżce i drobnych niebieskich płatkach wydaje się zaskakująco piękny, kiedy widzę go w tym miejscu. Stoję więc przez chwilę wpatrując się w niego, smakując ulotne piękno chwili.
Nawet nie zauważam, kiedy ciężar spada z mojego serca, a na twarzy po raz pierwszy od dawna pojawia się niepewny uśmiech.

* * *
Dobre samopoczucie znika tak szybko, jak się pojawiło.
Gmerając kluczem w zamku furtki zastanawiam się, co powinienem zrobić. Wiem jedno – nie chcę teraz wchodzić do dusznego, ciemnego wnętrza mojego domu.
Chowam klucz do kieszeni, po czym kopię mocno w furtkę, co jest jedynym sposobem na jej otworzenie. „Muszę w końcu ją naprawić, myślę, patrząc z irytacją, jak brama uderza w ogrodzenie i odbija się od niego. Kołek w płocie patrzy na mnie wściekły, pogardliwie szczerząc swoje spróchniałe zęby.
Okrążając dom, patrzę na zaniedbany ogród. Rośliny na rabatach odpowiadają błagalnym spojrzeniem. W tym roku nikt nie dbał o nie, więc z trudem wychylają się spomiędzy zarastających je chwastów. Poszarzała kratka dla pnących roślin ugina się pod ciężarem na wpół zwiędniętej róży. Opadłe owoce gniją pod drzewami.
Łapię za stojące pod ścianą szpadel i grabie, które aż się proszą, żeby ich użyć.
Praca fizyczna niewymagająca wkładu umysłowego, jest tym, czego mi trzeba.

* * *
O zmierzchu zebrało się już mnóstwo ogrodowych śmieci. Starannie zebrane w stosy i wyschnięte na popołudniowym słońcu czekają na swoją kolej. Ognisko strzela wysoko w górę długimi zawijasami płomieni, wzbijając w niebo tysiące iskier i szarych, spalonych kawałków użytego na rozpałkę papieru.
Przyglądam im się i uświadamiam sobie, że umknęło mi coś bardzo ważnego.
– Pieśń nie kończy się nigdy... – szepcę, jakbym powtarzał za ulatującymi drobinkami. – Pieśń nie kończy się nigdy i to jest właśnie największe szczęście.
Jak mogłem zapomnieć?

* * *
Ona, czwartoklasistka, dumna, że przeczytała pierwszą poważną książkę, stała nade mną. Buzia jej się nie zamykała.
– Pani w szkole bardzo mnie pochwaliła, bo tylko ja z całej klasy przeczytałam całą książkę, a nie tylko te, które zadała – pomachała mi przed nosem książeczką za cienką, żeby były tam choć te najbardziej interesujące baśnie Andersena, a co dopiero wszystkie. – Miałeś jakąś ulubioną opowieść? Bo mi najbardziej podobała się Księżniczka na ziarnku grochu.
– Bo była najkrótsza? – spytałem, trochę złośliwie, jednak widząc, że prawie się na mnie obraziła, uśmiechnąłem się przepraszająco i odpowiedziałem po krótkim namyśle: – Czytałem to ze trzy czy cztery lata temu, ale chyba najbardziej podobał mi się Len.
Len? – zdziwiła się. – Takiej tutaj nie ma – wyciągnęła przed siebie dłoń z książką.
Skrzywiwszy się lekko, wstałem z obrotowego fotela, na którym do tej pory siedziałem i podszedłem do zawalonego książkami regału. Sięgnąłem po jedną z nich, w czerwonej okładce i, delikatnie ją kartkując, znalazłem na końcu to, czego szukałem.
– Tylko ostrożnie – rzuciłem, podając jej tomik. – Ta książka jest starsza od twoich rodziców.
Odpowiedziała skinieniem głowy.
– Nie rozumiem – mruknęła po paru minutach, zmarszczywszy w skupieniu brwi. – O co tu chodzi?
– O to, że pieśń nie kończy się nigdy, a kołek w płocie i dzieci byli w błędzie – wyszczerzyłem zęby, widząc zakłopotanie na jej twarzy. – Kiedyś zrozumiesz.
Jej wzburzone spojrzenie wystarczyło mi za odpowiedź.

* * *
Mój kot, stojący teraz na ogrodzeniu, znów na mnie patrzy.
Tym razem przygląda się błogiemu uśmiechowi, który wykwita nagle na mej twarzy zupełnie nie kocim spojrzeniem.
Jeszcze raz skupiam się na odlatujących iskierkach i w tym momencie wydaje mi się, że to one same, swoją siłą woli, udają się do gwiazd. Że fizyka i ciepłe powietrze unoszące je do góry nie istnieją, że ważne są tylko ich pragnienia.
Znowu przerzucam wzrok na kota, ale jego już tam nie ma. Na ogrodzeniu siedzi mężczyzna z pogrzebu, machając nogami i uśmiechając się radośnie. Z jakiegoś powodu nie jestem zdziwiony. Powietrze wokół niego migocze, teraz siedzi tam dziwak z plecakiem. I on też się uśmiecha. Znów to samo migotanie, z płotu zeskakuje ubrany w srebrzystą zbroję, z ognistym mieczem u boku, sześcioskrzydły anioł.
– Mam na imię Remiel – mówi z uśmiechem doświadczonego akwizytora. – Chciałbyś może porozmawiać o nadziei?
Chcę.

* * *
Len to chyba też moja ulubiona baśń – mówi Remiel, siadając obok mnie na ziemi. – Nawiasem mówiąc, tak sobie zazwyczaj wyobrażają mnie dzieci – dodaje, patrząc na swoją zbroję i miecz.
– Może ja wciąż jestem dzieckiem – odpowiadam, obejmując rękami kolana.
– Nie jesteś. Chciałbyś, bo wtedy nie musiałbyś być odpowiedzialny, ale nie jesteś.
– Wiem – milczę przez pewien czas. – Po co ludziom nadzieja? – pytam w końcu i zaraz sam sobie odpowiadam: – Bez niej nie moglibyśmy żyć, nie mielibyśmy po co. Jaki sens miałoby istnienie, gdybyśmy nie byli w stanie marzyć o lepszym jutrze?
– Każdy ma swoją wersję – rzuca swobodnie. – Czemu ludzie tak rzadko patrzą w niebo? – pyta niespodziewanie, spoglądając w górę. – Nikt jeszcze nie mógł mi tego powiedzieć.
– Niektórzy mówią, że boją się samotności w kosmosie – słyszę swój własny głos. – Ale moim zdaniem boją się złudnej nadziei, którą dają im te niezliczone gwiazdy.
– Nadzieja nie może być złudna – odpowiada. – Czy to źle, że Kolumb miał nadzieję odkryć drogę do Indii i do końca życia był przekonany, że to zrobił?
– Kolumb nie odkrył Ameryki – burczę. – Wszyscy uznają, że to zrobił, a mimo to jego imieniem nazwano tylko państwo, w którym nigdy nie był, rzekę i prowincję. Umarł w nędzy. Za to od imienia Vespucciego nazwano dwa z siedmiu kontynentów. A co z wikingami? O nich nikt nie pamięta.
– I co z tego? – uśmiecha się Remiel. – Wszystkim nam potrzebna jest nadzieja, nawet archaniołom. Bez niej, jak sam powiedziałeś, nie da się żyć – spogląda na mnie. – Jesteś wyjątkowym człowiekiem – mówi, po czym milknie na pewien czas. – Skoro ona była Nią, to ty byłeś Nim.
Nie odpowiadam.
Czasem nie ma już nic więcej do powiedzenia.
Siedzimy więc ramię w ramię, wpatrując się żar dogasającego ogniska, aż gwiazdy na niebie bledną, różane palce jutrzenki zamieniają noc w dzień, a anioł rozpływa się w pierwszych promieniach słońca, jakby był snem, znikając też powoli z moich wspomnień, aż jedynym śladem jego obecności pozostaje niewyraźne wrażenie.
A może to naprawdę był sen?

* * *
Śmierć patrzy na mnie z wyrzutem, odchodząc powoli. Może chciałaby dalej obserwować moje życie, ale ja jej na to nie pozwolę.
Jednak trochę mi jej szkoda.
Myślę, że lubi patrzeć jak ludzie przeżywają swój czas.

###
Recenzja

Drogi Malkiemie, przede wszystkim chcielibyśmy ci serdecznie podziękować za tak częste nadsyłanie swoich prac. Musimy przyznać, że piszesz coraz lepiej i wkrótce wstyd będzie nam zestawiać swoje teksty z Twoimi. Cieszy nas też, że tak cierpliwie wysłuchujesz naszych uwag i starasz się brać je pod uwagę przy tworzeniu kolejnych utworów.
Przejdźmy jednak do sedna: Len. Pierwszym zauważonym przez nas atutem opowiadania był sposób, w jaki zbudowałeś swojego bohatera. Wzbudza sympatię swoim logicznym podejściem do świata i całkowitym oddaniem. Jego emocje nie są nachalne, nie męczyliśmy się z pięciostronicowym opisem przeżyć, łez i krzyków, a jedynie ze smutkiem i bezgraniczną tęsknotą, zupełnie naturalną reakcją osoby, która straciła kogoś, kto był dla niej najważniejszy. Ona stała się dla nas aniołem, niewiadomą, którą każdy spersonalizować może sobie w inny sposób. Dzięki temu opowiadanie zyskało uniwersalny wymiar.
Spodobał nam się także styl, jakim pisałeś. Używałeś idealnie dobranych sformułowań: prostych, ale dobrze oddających sytuację. Prowadzenie narracji w pierwszej osobie, na dodatek w czasie teraźniejszym, bywa ryzykowne, bo czytelnicy nie są przyzwyczajeni do tej formy. Mimo że miejscami wciąż brzmi ona inaczej niż to, co na ogół spotyka się w lekturze, uważamy, że nadaje ona tekstowi bardziej realistycznego wymiaru i świetnie sobie z nią poradziłeś. Dzięki takiej formie lepiej rozumiemy głównego bohatera, który wzbudza w nas współczucie.
Jako Kruk… Wiesz co, Malkiemie? Bardzo podoba mi się to, jak zbudowałeś swojego głównego bohatera. Czytelnik nie ma wyboru i musi pałać do niego sympatią. W ogóle spodobała mi się historia. Jest w niej wszystko, co być powinno – wzbudza emocje, które zostają w człowieku na długo po przeczytaniu i zachęcają go do ponownej lektury. Są takie teksty, które w tajemnicy nazywam „zapalającymi pomarańczowe słońce w głowie i zapałkę w sercu” i właśnie taki tekst udało ci się napisać. Serdecznie gratuluję i dziękuję za odrobinę tęsknoty, którą we mnie tym lnem wsiałeś.
Jako Pirat tak naprawdę niewiele mam do dodania. Bardzo naturalnie, a w dodatku ładnym językiem przedstawiłeś stan ducha osoby, która straciła kogoś bliskiego. Dodatkowo cieszy mnie pozytywny akcent na zakończenie tekstu, jak również (choć w trochę inny sposób) pojawienie się biednej Śmierci, co to tak lubi się przyglądać ludzkiemu życiu, a my ją ciągle przeganiamy – chyba jakaś niepokojąca fascynacja się w Piratowych myślach zalęgła... W każdym razie, gratuluję, drogi Malkiemie, i niecierpliwie wyczekuję kolejnych tekstów!
Jako Kalka chciałabym zwrócić uwagę nie na narratora, a właśnie na postacie poboczne. Przez drobiazgi wykreowałeś bohaterów z innego (dosłownie) świata, które w swojej fantastyce mieszają się ze światem wspomnień i bardzo dobrze wizualizują to, za czym tęskni Twój podmiot. Śmierć, Remiel, zatroskana koleżanka czy Ona z czasów dzieciństwa – to ich obrazy, ich relacje z głównym bohaterem dookreślają go. Wpisanie tekstu w klamrę obrazu Śmierci niweluje natomiast zbędny element zaskoczenia, stawiając czytelnika wobec człowieka czującego nad sobą widmo tejże śmierci i przełomowego momentu powrotu do życia. Zakończenie zresztą bardzo do mnie przemówiło, przypomina mi moją ukochaną książkę, którą zapewne znasz. Pisz dalej, Malkiemie, jestem niezmiernie ciekawa, co jeszcze może się z tego narodzić.
Dziękujemy za kolejny świetny tekst i mamy nadzieję wkrótce dostać od Ciebie coś nowego.
© Agata | WS | x x.