wyzwanie: korniszonek, asymptoty, kukułka, „zostałam sama z Paderewskim”, bębenek
Kotlet stał na rogu Chłodnej i Prostej.
Włożył dłonie w kieszenie kurtki, wpatrzony w klepsydrę zawieszoną nad
sklepem Paderewskiego. Było już późno, więc klepsydra nie obracała się, a szyld
nie mrugał niebieskim światłem. Kotletowi nawet wydawało się, że błyszczące
zwykle drobinki zamknięte w środku zatrzymały się w trakcie spadania i zawisły
gdzieś w przestrzeni klepsydrowego wnętrza. Przez pół godziny próbował
zweryfikować, czy ma rację, jednak pokonany przez czerń ziejącą ze zgaszonego
szyldu, zapalił papierosa. Jego krótkofalówka zaczęła przeraźliwie piszczeć.
Kotlet podskoczył i przeklął w duchu Kronosa, który odrzucił podanie dotyczące
kupna nowego sprzętu. Wyciągnął krótkofalówkę i przez chwilę szarpał się z
białym pokrętełkiem.
W końcu usłyszał przyjemne szumy i kobiecy szept:
– Kotlet, do jasnej cholery, odezwij się.
– Jestem.
– Co tak długo?
Kotlet westchnął tylko i schował się pod daszkiem księgarni. Deszcz
zaczął bębnić w zmarznięte ulice miasta Igrek. Po drugiej stronie telefonu coś
zaszeleściło. Kotlet pomyślał o Kukułce siedzącej w opuszczonym budynku na
końcu ulicy. Zostawił ją w pustej sali, na niewygodnym, metalowym stołku.
– I co się tam dzieje?
– Nic właściwie – Kotlet spojrzał podejrzliwie na klepsydrę. – Wyłączył
zasilanie, zamknął drzwi, przekręcił tabliczkę. Ale nie wyszedł.
– Tylnym wyjściem też nie.
– Może ma piwnicę.
– To byłoby bez sensu.
– To wszystko jest bez sensu.
Pomilczeli chwilę. Kukułka wiedziała, że coś z tym kolesiem jest bardzo
nie tak. Paderewski był jednym z trzech podejrzanych, ale jako jedyny od
początku zachowywał się dziwnie. Miał sklep z damskimi zegarkami, w którym
zamiast zegarków w gablotkach stały zdjęcia pięknych pań w sepii. Zapytany o
jakiś model zegarka recytował jego właściwości i wygląd bez zająknięcia, lecz
gdy proszono go o pokazanie towaru, twierdził, że sprowadza go dopiero po
zmierzeniu obwodu nadgarstka. Paderewski ściągnął miarę z ręki Kukułki i
Kukułce wcale się to nie podobało. Złapał ją i przyciągnął do siebie,
pochylając się i łypiąc na nią ze złością zmieszaną z zawstydzeniem, jakby
krępowała go jej obecność i podejrzewał, że Kukułka dręczy go dla własnej
satysfakcji. Ręce Paderewskiego były okropnie spocone, a przy tym szorstkie i
twarde, jakby nosił protezy z drewna.
Do tego nikt nigdy nie widział, jak Paderewski opuszcza swój zakład.
Każdego wieczora zamykał go dokładnie na wszystkie trzy zamki i znikał w
ciemnym wnętrzu.
Rano stawał przed wejściem z pękiem kluczy i otwierał drzwi.
Kotlet nie mógł zrozumieć, czemu normalny człowiek ucieka ze swojego
zakładu jak szczur, przemykając się ulicą tak, by nikt go nie zobaczył. Z
drugiej strony wydawało mu się to aż zbyt oczywiste. Nie wierzył, że porywacz
mógłby zachowywać się tak podejrzanie na co dzień.
Zgasił papierosa o mur.
– Chodź na kawę.
– Nie chcę kawy, chcę go przyłapać.
– Nic z tego, znowu będziemy tu siedzieć całą noc i niczego się nie
dowiemy.
– No to... No to – Kotlet usłyszał, jak Kukułka wierci się na skórzanym
siedzeniu, a jej obcasy uderzają o betonową podłogę. – No to będziemy tu
siedzieć całą noc.
* * *
– Kiedy będzie gotowe? Czekam już drugi tydzień – Kukułka odgarnęła
włosy z twarzy, przyglądając się Paderewskiemu niezadowolona. On mierzył ją
spojrzeniem, z dłońmi zaciśniętymi na szklanej ladzie, w której zamknięta była
kolekcja guzików, wbitych igłami w bordową poduszeczkę. Obok pięści
Paderewskiego leżała kanapka z pasztetem i pokrojony w plasterki korniszonek.
Paderewski schylił się i zaczął szukać w szufladzie swojego notesu. Kukułka
teatralnym gestem splotła ramiona na piersi i wpatrzyła się w kalendarz
zawieszony na ścianie. Zanim Paderewski się wyprostował zdążyła zobaczyć
okienko zakreślone czerwonym mazakiem.
* * *
Kotlet siedział w swoim czarnym Citroenie dwadzieścia metrów od
najbliższej latarni. Zaparkował na wydeptanej ścieżce obok wysokiego bukszpanu,
skąd dokładnie widział kolebiący się lekko samochód po drugiej stronie ulicy. Od
trzech minut szarpał się z pudełkiem draży, ostatecznie rozsypując je
wszystkie. Przyłożył czoło do kierownicy, zrezygnowany. Obserwując obiekt znad
deski rozdzielczej, doszedł do wniosków, że on też powinien kiedyś spróbować
miłości w samochodzie. Czuł się taki zaniedbany pod tym względem. Ostatnio miał
wolne pół roku temu. Po długich prośbach udało mu się wyżebrać tydzień, który
poświęcił głównie leżeniu na kanapie i oglądaniu seriali. Odwiedził też ojca. I
jakoś nie pomyślał o tym, że mógłby iść na miasto i się zabawić.
Z czerwonego Mercedesa wyszła wreszcie kobieta, z którą Drwalowicz
spędził popołudnie i cały wieczór. Za nią wyszedł sam podejrzany, zapinając
swoją kraciastą koszulę. Podszedł do niej, uniósł jej smukłe ciałko i wszedł z
nią do kamienicy. Kotlet zadarł głowę, wypatrując światła w którymś z okien.
Kiedy na piątym piętrze w mieszkaniu na rogu zaświeciła się lampka, wyszedł z
Citroena i stanął po drugiej stronie ulicy, opierając się o ścianę sklepu
mięsnego.
Drwalowicz kochał kobiety i był niezwykle spokojny. Kotlet nawet w jakiś
sposób polubił jego serdeczny uśmiech. Zastanawiał się, po co Drwalowicz miałby
porywać kobiety, skoro same do niego lgnęły. Mógł oczywiście ziszczać jakieś
swoje chore fantazje, zjadać je, czy coś. Kotlet nie jednego takiego jak
Drwalowicz wsadził już do więzienia. Sęk w tym, że z takimi jest naprawdę
ciężko, bo trzeba czekać, aż to oni popełnią błąd. A Drwalowicz wcale się nie
potykał, jeśli był to on. Właściwie podejrzewali go tylko na podstawie wezwania
sprzed trzydziestu lat.
Pewnego dnia matka pięcioletniego wtedy Drwalowicza zniknęła. Sąsiedzi
zauważyli to dopiero po dwóch tygodniach, bo ani ojciec, ani syn nie zdradzali niczego
swoim zachowaniem. Mały codziennie chodził przez pola do przedszkola, a stary
Drwalowicz naprawiał dachówki, płoty, wypędzał krowy na pastwisko. Mały
Drwalowicz pytany przez sąsiadów, mówił że mama jest bardzo zajęta w domu. Po
interwencji, funkcjonariusze znaleźli matkę Drwalowicza w piwnicy, przywiązaną
do rury bojlera i niemal zakatowaną na śmierć. Zmarła w szpitalu.
Wtedy nie było wątpliwości, że wszystkiemu winien był ojciec, jednak
teraz w biurze wzbudziło to niemałe zamieszanie, zwłaszcza kiedy Trójka
zniknęła po wieczorze spędzonym z Drwalowiczem. Tylko że żadna z pozostałych
trzech zaginionych nie miała z Drwalowiczem nic wspólnego. Wszystkie były
ładne, ale to nie wystarczy, żeby kogoś zamknąć.
Kotlet przez chwilę obserwował całującą się parę przez okno, po czym
sięgnął do kieszeni po owocową gumę balonową.
* * *
– Bez mleka i sernik – Drwalowicz wręczył Kotletowi kawę i talerzyk z
ciastkiem i uśmiechnął się lekko. Odprowadził go wzrokiem do stolika i po
chwili zajął się obsługą kolejnego klienta. Kotlet zajrzał do kubka z kawą i
zamyślił się przez chwilę. Obok niego usiadła Kukułka.
– I co?
– Nic, kupiłem ci kawę – przysunął do niej kubek i wbił widelec w
sernik.
– A Drwalowicz?
– Kręci kolejne filmy porno. Jakoś dziwnie się to ogląda, wiesz?
Kukułka wzdrygnęła się i przyjrzała Drwalowiczowi. Był bardzo przystojny
i przez chwilę zastanawiała się, czy potrafiłaby odmówić, gdyby zaprosił ją na
kolację, a później do mieszkania.
Drwalowicz przyjmował zamówienie od kolejnego klienta, kiedy zadzwonił
jego telefon. Od niechcenia zerknął na wyświetlacz, jednak zaraz jakby się
czymś zdenerwował. Rozgniewany poprosił pulchną dziewczynę, trzymającą się z
tyłu, żeby go zastąpiła. Kukułka obejrzała się za nim, gdy minął ich stolik.
– Mówiłem, żebyś nie dzwonił na ten telefon, tato.
* * *
Z ostatnim było najtrudniej, bo pracował na uczelni. Obserwowanie go cały
czas bez zwrócenia na siebie uwagi, nie wchodziło więc w rachubę. Protagonistę
łączyło jednak z ofiarami najwięcej. Wszystkie dziewczyny chodziły bowiem razem
z nim na warsztaty filmowe osiem lat wcześniej. Co prawda, on zrezygnował z
nich po tygodniu, dochodząc zapewne do wniosku, że średnia wieku na kursach
jest poniżej jego oczekiwań.
Do tego psycholog, z którym współpracowała uczelnia nazwał go
sfrustrowanym. Twierdził, że Protagonista zakochał się w jednej ze swoich
uczennic, z wzajemnością na dodatek. Pozostali jednak w tak profesjonalnych
stosunkach, że psycholog przyznał, że nawet nie pomyślał o zgłoszeniu tego
przełożonemu.
Kotlet obserwował go więc w drodze na uczelnię, później w drodze do domu
i jak wyprowadzał swojego wilczura. Właściwie ten jego wilczur taki
niewyrośnięty, myślał Kotlet wyskubując draże z plastikowego woreczka. Przysiadł
na ławce obok mamy, krzyczącej coś do swojego smyka. Smyk używał zjeżdżalni
głową w dół i mama wcale nie była z tego powodu zadowolona.
Protagonista przechadzał się z psem alejkami. Zatrzymał się i odwrócił
wzrok jakby zawstydził się, że jego wilczur siusia w miejscu publicznym.
Komórka Kotleta zaczęła dzwonić. Odebrał ją, wciskając do ust kolejnego draża.
– Kolejna porwana. Jedź do Paderewskiego. Kukułka jest już na miejscu.
– Czemu do niego? – Kotlet podążał znużonym wzrokiem za Protagonistą.
– Piątka zaginęła wczoraj, a to data z tego kalendarza Paderewskiego.
– Powiedz Kukułce, żeby poczekała – Kotlet wstał i ruszył w kierunku
swojego samochodu.
Nie zauważył, jak Protagonista staje przed Drwalowiczem, ani nawet jak
Drwalowicz całuje dłoń Protagonisty.
* * *
Kotlet zajechał na miejsce w pięć minut, w samą porę, żeby zobaczyć
Paderewskiego wyczołgującego się ze swojego sklepu tyłem, z przerażeniem
wypisanym na twarzy i posoką plamiącą jego nieskazitelną zwykle koszulę. Kotlet
zatrzymał się i wysiadł, wyciągając broń. Draże wysypały się na ulicę.
– Na pomoc! – krzyk Paderewskiego zwrócił uwagę ludzi z księgarni po
drugiej stronie jezdni.
Kotlet wszedł do zakładu i zobaczył Kukułkę, leżącą na ziemi z głową
roztrzaskaną starą kasą fiskalną. Zrobiło mu się niedobrze, ale starał się
podtrzymać Kukułkę w świecie żywych, póki nie przyjechało pogotowie.
Okazało się, że u Paderewskiego stwierdzono guza chromochłonnego,
powodującego halucynacje i ataki agresji.
* * *
Kotlet siedział w sali konferencyjnej i patrzył w dębowy stół z
pretensją. Stół czuł się trochę urażony.
Kronos nerwowo przemierzał po raz kolejny przestrzeń pod rzędem okien.
Ręce splecione miał z tyłu, a głowę zamyśloną. Wpatrywał się w czubki swoich
lakierowanych butów.
– Ja nie wierzę, że to był on – Kotlet odwrócił się nagle na swoim
obrotowym krześle i wbił wzrok w wirującego Kronosa. Ten się zatrzymał.
– Żartujesz sobie?
– To nic zabawnego – Kotlet rzeczywiście nie wyglądał na rozbawionego.
Kronos podszedł do niego i oparł dłonie na oparciu jego fotela, patrząc na
niego z wyrzutem.
– On wcale nie próbował ukryć tego, co zrobił. On był przestraszony. I
chciał ponieść karę. To nie on je porywa. Daję głowę.
– Daj ją Kukułce, przyda jej się nowa.
– To okrutne – Kotlet odwzajemnił spojrzenie Kronosa i odepchnął go od
siebie.
Do pokoju wszedł Pionek. Spojrzał na rozdrażnionego Kronosa.
– Znaleźli dziewczyny w kanałach. Ale po drugiej stronie miasta.
– W jakim są stanie? – Kotlet podniósł się z fotela.
* * *
Na miejscu Kotlet zastał już cały zespół śledczy. Dziewczyny wisiały na
hakach wbitych w strop tuneli w około czterdziestometrowych odstępach.
Wszystkim podano końską dawkę lulka czarnego. Umarły w narkotycznym śnie z
powodu porażenia ośrodka oddechowego. U wszystkich stwierdzono obrażenia głowy,
nie miały też butów, ani skarpetek. Kotlet podejrzewał, że sprawca ogłuszył je,
by móc tu przyciągnąć, ale tych butów nie mógł za nic zrozumieć.
Poza tymi dwoma rzeczami dziewczęta były nietknięte.
Kotlet przyjrzał się Piątce, która została porwana zaledwie poprzedniego
wieczora. Zrobiło mu się jej żal.
– Nie wiem, czemu je porywał. Ale nie wygląda to na atak odurzonego
adrenaliną zegarmistrza – zmierzył wzrokiem Kronosa. Jego telefon zaczął
dzwonić, ale jeszcze przez chwilę przyglądał się zakłopotaniu wypisanemu na
twarzy przełożonego.
– Halo?
– Zwolnili Protagonistę. Dziewczyna zaciążyła i matka wniosła sprawę do
prokuratury.
Kotlet spojrzał na szósty hak czekający na Szóstkę czterdzieści metrów od
miejsca, w którym stał. Poczuł się jak asymptota.
* * *
Kotlet obserwował nikłe światło lampki na parapecie Protagonisty.
Spojrzał jeszcze raz na zegarek. Pies powinien już żebrać o spacer pod
drzwiami. Tym razem Protagonista się ociągał, co wzbudzało podejrzenia.
Czterdzieści pięć minut po czasie, w drzwiach bloku pokazał się rozczochrany
Protagonista. Nie miał ze sobą psa. Wydawał się gdzieś spieszyć.
Kotlet podążał za nim przez dwie przecznice, później Protagonista nagle
wpadł do jednej z kamienic. Kotletowi jakoś nie bardzo się to spodobało.
Postanowił tym razem zaryzykować i wejść za nim.
Klatka schodowa była wąska i śmierdziała kotem. Echo kroków Protagonisty
toczyło się po kamiennych schodach pod nogi Kotleta. Przylgnął do ściany,
obserwując poły płaszcza wirujące na wyższych kondygnacjach. Ruszył w pościg.
Protagonista zatrzymał się na piątym piętrze i zapukał do drzwi. Kotlet
zobaczył nastolatkę w tlenionym blondzie. Była zaskoczona, trochę zawstydzona,
ostatecznie przestraszona, kiedy Protagonista złapał jej nadgarstek i zaczął
nią potrząsać.
– Tyle dla ciebie poświęciłem! A ty musiałaś tylko zwalić na kogoś tę
ciążę, tak? – usłyszał zanim drzwi się zatrzasnęły.
Kotlet wyciągnął pistolet i wbiegł na piętro. Usłyszał krzyk dziewczyny.
Wpadł do środka i zobaczył Protagonistę, obejmującego omdlałą Szóstkę. Szóstkę,
był tego pewien.
* * *
Kotlet siedział w sali projekcyjnej, oglądając kasety, znalezione w
mieszkaniu Protagonisty. Widział dziewczyny wijące się na hakach, muskające stopami
taflę brudnej wody w ściekach. Wyglądały jakby po niej chodziły. Przynajmniej
do momentu, kiedy zaczynały się drgawki i ostatecznie porażenie mięśni. Widać
było jak Protagonista podchodzi do nich, kiedy przestają oddychać i w gumowych
rękawiczkach wstrzykuje im kolejną dawkę, by przedłużyć taniec. Ale każdej
egzekucji towarzyszą werble bębenka i śmiech. A Protagonista na nagraniu wydaje
się raczej przygnębiony, niż zadowolony.
Nie zdradza jednak wspólnika i mówi, że nigdy go nie
znajdą.
A porwania ustają.
I Kotlet sam nie wie, co ma zrobić.
Więc chodzi do Kukułki i częstuje ją drażami. Bo Kukułka umie otwierać
draże tak, żeby się nie rozsypały.