wyzwanie:
„efekt różowego słonia”, „myśl,
która nie ma swego końca”
Odgłosy wydawane przez urządzenia
monitorujące funkcje życiowe umilkły na niecałe dwie sekundy. Uniosłam powieki,
nieprzytomnie rozglądając się po szpitalnej sali. Pyknięcie, które usłyszałam w
tym samym momencie, trochę mnie zaniepokoiło. Rozlegało się raz do roku, zawsze
tego samego dnia, osiemnastego grudnia.
– Och, czyżbym się spóźnił? – znajoma
sylwetka zamajaczyła w nogach łóżka. Uśmiechnęłam się blado. – Przepraszam cię
bardzo, moja droga. Wiesz przecież, ile mam pracy. Codziennie ktoś ma urodziny,
co kilka sekund w dodatku. Nawet nie mam chwili, by odpocząć!
Zaśmiałam się pod nosem, widząc emocje
bijące z twarzy mojego przyjaciela. Zawsze narzekał na ilość swoich obowiązków,
jednak prawie się na mnie obraził, gdy zaproponowałam mu znalezienie innego
zajęcia.
– Właściwie... po co przyszedłeś?
Jeszcze nie nadszedł twój czas. – Wstrzymałam oddech, widząc, jak mój gość
poważnieje.
– Mój czas nie nadszedł, masz rację.
Nadszedł czas na ciebie.
Zamarłam, starając się przyswoić sobie
tę informację. Minęła dłuższa chwila, nim rozluźniłam się, pogodzona ze swym
losem. Cóż... Od dawna towarzyszyła mi świadomość, iż w każdej chwili mogę
odejść. Mój przyjaciel dobrze o tym wiedział. Niekiedy żartował, że pewnego
dnia skończy moją myśl, która nie ma swego końca.
Był przy mnie od zawsze. Wycierał moje
dziecięce łzy, gdy płakałam, bo nie dostałam jednorożca na piąte urodziny.
Uspokajał mnie, gdy jako nastolatka denerwowałam się na rodziców z powodu
„słabych” prezentów. Pocieszał, kiedy w moje dwudzieste piąte urodziny zostawił
mnie mój chłopak. Osiemnastego grudnia zawsze
był przez kilkadziesiąt sekund tylko mój. I za każdym razem zapalał jedną
bladoniebieską świeczkę, która przez chwilę unosiła się w powietrzu, po czym
znikała z cichym pyknięciem.
– Pamiętasz, jak mówiłem, że kiedyś
dokończę twoją myśl...? – uśmiechnął się melancholijnie.
Nagle wszystko wydało mi się okropnie
nierealne. Różowy słoń stojący przy szpitalnym łóżku, siedemdziesiąt trzy
świeczki, które krążyły wokół jego postaci... Byłam zmęczona. Bardzo zmęczona.
Ledwie widocznie skinęłam głową i pozwoliłam opaść ciężkim powiekom. Sen dobrze
mi zrobi.
Przeciągły pisk wypełnił niewielką
salę. Różowy słoń westchnął ze smutkiem, po czym jednym dmuchnięciem zgasił
wszystkie świeczki.
###
Recenzja
Ninjo!
Z rzeczy oczywistych - dziękujemy Ci
za podjęcie wyzwania i podzielenie się z nami efektami swojej pracy. Z rzeczy
jeszcze bardziej oczywistych - tekst nam się spodobał, w przeciwnym razie nie
publikowalibyśmy go na blogu! Choć jest krótki (krótszy nawet od miniaturek
Kalki), to jego jakość broni go przed fanami potoczystych opowiadań liczących
sobie kilkanaście lub kilkadziesiąt stron. Zdaniem Malkiema ta skrótowość może
powodować trudności w procesie identyfikacji czy budowaniu sympatii do
bohatera, jednak w tej fabule nie jest to chyba najistotniejsze. Zarysowałaś
nam bowiem ciekawą scenkę prowokującą do refleksji. Zakończenie jest
jednocześnie otwarte (było się czego bać?) i zamknięte (co podkreśla zapadająca
w ostatnim zdaniu ciemność). Twój styl jest swobodny, język pozostaje na
wysokim poziomie - jako korekta nie mieliśmy właściwie żadnej pracy (ot, jakieś
drobne powtórzenie).
Cóż dodać? Pisz dalej, droga Ninjo!
Powodzenia (;