wyzwanie:
potencjalnie niebezpieczne, fajtłapa, „wiem, że masz. Chcę,
żebyś miała więcej”
Przepełnia
mnie wypukłość własnej pustki. Tajemniczy twór zrodzony z destruktywnych odczuć.
Mącą one w moim umyśle mgłę, z której łudziłem się wydostać, i plączą to, co z początku
myślałem, że jest banalne na tym świecie.
Teraz
potykam się o powykręcaną prostotę mojego dawnego bytu i, stojąc twarzą do
wiatru, zastanawiam się czy istnieje jakikolwiek sens cierpienia, jeśli jest
ono nasze własne, a nie czyjeś. Skąd wiemy, czy to jest właśnie cierpienie?
Może to reakcja rozkapryszonej niedojrzałości, z którą się urodziliśmy i z
którą umrzemy. Przecież wszystkie próby podzielenia się tym, co jest nasze,
kończą się na zwierzęcych wyciach, nieporęcznych ruchach, konwulsyjnych drgawkach.
Wszyscy to widzą, a jednak są ślepi na duszę, która szarpie się, wydziera od
środka własny dom i ostoję ciała, by móc się wyrwać. Chciałaby opuścić
cielesność i poszybować w górę, samotna i samotna, tak jak to pragną dusze, i
upaść niczym Ikar, który z uśmiechem na ustach umiera, spełniając swoje
najskrytsze pragnienie.
Uśmiecham
się. To wszystko ma sens, a raczej go nabiera, gdy myślę o tym, że przerastam sam
siebie. Mogę zacisnąć pięść, rzucić kamieniem i krzyknąć. Jednak ten czyn
obiłby się o bezkresność, a ja wpadłbym w odmęt i wtopił się w niego.
Wszystko
jest mi teraz obce. Ręce których nie poznaję, nogi, które nie idą tak, jak
chcę. Nawet odbicie samego siebie, które widzę w oczach moich bliskich, jest
dla mnie rozczarowaniem. Chcę zniszczyć ten obraz, wydrapać oczy wszystkim
wokół. Marzę o tym, by wymazać siebie i zastąpić to, czym myślę, że jestem,
prawdziwym sobą, a nie marną podróbką człowieka, na którą mnie wykreowano.
Dlatego
kpię. Mimo wszystko, z całej mojej postawy emanuje drwina ze świata. Chcę, żeby
wszyscy to widzieli, żeby wlepiali we mnie swoje martwe oczy i myśleli, że
mogliby być inni. Chciałbym wydobyć z nich prawdę o ich samych. Wtedy nie
byłbym taki samotny we własnym losie. Jednak ci pomyleńcy,
fajtłapy i naiwniacy tylko kpią, bo jedyne na co ich stać, to marne próby
podrabiania. Próbują odbić coś prawdziwszego od siebie. Nie obchodzi ich wtedy,
że są hipokrytami, tak jak lustra, i nie wiedzą, że mnie naśladują, bo jestem
prawdziwszy od nich. Są ślepi i nie mogę ich za to winić. Ja tylko chciałem i nadal
chcę im pomóc. Móc podać rękę.
Zamykam
oczy i wzdycham. Wzniecam kurz. Ile to już czasu? Minuta, dwie, trzy. Mam
wrażenie, że warstwami pokrywa mnie niemoc. Czuję ciężar tego pyłu. Jest tak
przytłaczający, że nie mogę otworzyć oczu. Zmaga mnie sen, a równocześnie dręczy
trwoga, że gdy w świecie mary ujrzę zbyt wiele rzeczy i przywiążę się do nich,
będę czuł jeszcze większą pustkę po przebudzeniu. Nie chcę tego. Pragnienia są
wspaniałe, ale równocześnie niosą w sobie niebezpieczny potencjał rozczarowania
życiem. Bo co ujrzysz, gdy przebudzisz się ze snu?
Demon,
demon mnie podkusił, żebym otworzył umysł. Nie ciekawość świata ani pragnienie
wiedzy. To wszystko była wina mojej spostrzegawczości, zbyt wiele rozumiałem i przez
to przestałem pojmować innych. A jedyną osobą, która mogła być z tego
zadowolona, był właśnie on. Diabeł z wypukłymi ślepiami, który ganiał wokół
mnie, skurczony. Wiedział, że widzę tyle, ile on. W tym jedynie byliśmy do
siebie podobni, a jednak bardzo radowała go ta sytuacja. Lubił mnie nękać.
Wtedy
Czart mówił, a robił to co wieczór, wyszczerzając kły:
„Wiem,
że masz dużo, ale chcę, żebyś miał mnie więcej”
A
ja zwykle śmiałem się cicho i klepałem go po ramieniu. Nie znudził mi się
jeszcze jego humor.
Może
to i dobrze, przecież czekała nas cała wieczność.
###
Recenzja
Droga Led,
opowiadanie, choć krótkie, bardzo
przypadło nam do gustu, jakkolwiek by nie interpretować historii, którą
przedstawia (a pojawiło się kilka wersji). Masz ciekawy styl, taki ładny i
niepospolity. Przez to tekst wciąga, subtelnie przenosi do innej
rzeczywistości. I mamy poważne wątpliwości, czy Twoją oszczędność w kwestii
długości historii traktować jako największą jej wadę, czy jedną z zalet. Bo z
jednej strony zakończenie wyrywa czytelnika z… literackiego transu? I to tak
trochę brutalnie, niespodziewanie. Można odnieść wrażenie, że przemyśleniom i
wrażeniom Twojego bohatera, z których uplotłaś fabułę (a raczej jej zarys), brakuje
zamknięcia, jakiegoś celu, do którego mogłyby zaprowadzić. Z drugiej strony
jednak dzięki temu powstała naprawdę ładna forma zamknięto-otwarta, do tego z
dość zaskakującym rozwiązaniem. I szczerze, chyba w tym wypadku nie umiemy się
zdecydować.
No dobrze, na koniec chcieliśmy
jeszcze tradycyjnie podziękować za przysłanie tekstu – bo, jak powszechnie
wiadomo, teksty piechotą nie chodzą, szczególnie te dobre – a także za sprawną współpracę
przy dość… cóż, ekspresowej korekcie. Pierwsze
prozacowe koty za płoty. I prosimy tak trzymać, Led. ^^