wyzwanie: potem
Kotwica idzie w górę.
– Cała naprzód, chłopcy.
Kapitan od dawna już jest na mostku; stoi przy
kole sterowym, trzymając rumby z pewnością doświadczonego żeglarza. Smukłymi
palcami wystukuje na drewnie rytmy sobie tylko znanego pochodzenia, czym
zdradza podekscytowanie.
Odwracam spojrzenie, starając się ukryć
uśmiech. Cieszy mnie ten widok – żywy dowód na to, że istnieje jeszcze coś
zdolnego go poruszyć. Po podobnych reakcjach reszty załogi poznaję, że i ich
uwadze nie umknęła ta… anomalia. Bo, co tu dużo gadać, Kapitanowi rzadko zdarza
się okazywać emocje. Nie żeby przedtem
był jakiś nad wyraz wylewny, toż zawsze uważał zbytnią uczuciowość za
„uwłaczającą pirackiej godności”. Ale dawniej niewielu z kamratów przejęłoby
się tak drobnym odstępstwem od normy.
Widać potem małe rzeczy
cieszą bardziej.
Gdzieś nade mną rozlega się teatralne
chrząknięcie, ale dopiero po chwili udaje mi się dostrzec przycupnięty na
grotmaszcie kształt. Choć postać otulona jest ciemnością, przez co nie widać
wyraźnie jej twarzy, najpewniej patrzy teraz na Kapitana z drwiącym
wyczekiwaniem. On odwzajemnia spojrzenie, mrużąc oczy. Wzdrygam się mimowolnie,
bo gdy tak robi, podkreśla swój całkowity brak tęczówek i źrenic, i wygląda
przerażająco. No, jeszcze bardziej niż zwykle.
– A ty się skup, Jemioła. Żebyś przypadkiem
nie spadła.
Przez załogę przetacza się szyderczy chichot.
Jemioła bez słowa wraca do pełzania po rejach i sprawdzania mocowań takielunku,
wyraźnie naburmuszona. Trochę mi dziewczyny szkoda, ale – tak po prawdzie –
sama się prosiła. Jej niemożliwy do kontrolowania temperament stał się
uciążliwy już w momencie, gdy po raz pierwszy postawiła stopę na pokładzie.
Poza tym, jest zbyt bezczelna, zbyt uparta, zbyt wrażliwa…
Zbyt ludzka.
A jeżeli dziesiątki rejsów po tych wodach nauczyły mnie
czegokolwiek, to tego, że język najlepiej trzymać za zębami, a człowieczeństwo
na uwięzi.
* * *
Niebawem Port znika z horyzontu, zostawiając
po sobie jedynie mętne wspomnienie. Dla mnie nie oznacza to więcej niż tyle, że
czas zacząć obchód, ale kiedy kończę górne kółko i schodzę pod pokład, czeka na
mnie niby niepowtarzalny, a tak dobrze znany widok tysięcy par oczu martwo
wpatrzonych w dal.
Wzdycham, zanim zdążę się powstrzymać.
Natychmiast żałuję, bo kątem oka zauważam ruch – nieznaczny, co prawda, ale
chyba żaden, najmniejszy nawet znak życia nie umknąłby teraz mojej uwadze.
Zerkam w tamtą stronę i zamieram. Jeden z „pasażerów” wlepia we mnie swoje
widmowe ślepia, wyraźnie sugerując, że zwrócił na mnie uwagę. Świetnie. Chyba
właśnie naruszyłem jakąś niepisaną zasadę. Ciekawe, co zrobi mi Kapitan, jeżeli
ten biedaczyna ocknie się, zanim nastanie czas…
Nie dane mi zostaje się przekonać, bo
delikwent zaraz wraca do poprzedniego stanu. Wypadam na zewnątrz, usiłując
powstrzymać się od biegu – jak najdalej od niego, jego upiornego spojrzenia i
smutku, który w tym spojrzeniu dostrzegłem. Przeklinam siebie za to, że nie
potrafię pójść za własną radą i odciąć się od uczuć. Albo chociaż od ich
rozumienia.
W drodze na mostek w mojej głowie toczy się
zażarta walka – jedna strona, ta ze szczątkami uczciwości na składzie, chce podzielić
się z Kapitanem informacją o tym małym incydencie, podczas gdy druga każe tej
pierwszej się zamknąć, używając do tego języka z pewnością przystającego
piratowi. Jednak jednocześnie ze mną do Kapitana podchodzi także Jemioła, co na
kilka chwil zwalnia mnie z konieczności podjęcia decyzji.
– Wzywałeś – mówi, krzyżując ręce na piersi,
najwyraźniej wciąż nieco obrażona.
– Tak. Zbliżamy się do spływu. Idź na oko i
kontroluj sytuację.
Widzę, jak jej dłonie zaciskają się w pięści i
nagle zaczynam mieć bardzo złe przeczucie co do całej tej sytuacji.
– Mogę się przydać i tutaj.
– Nie tobie o tym decydować – Kapitan znowu
mruży oczy w ten swój upiorny sposób, ale na Jemiole zdaje się to nie robić wrażenia.
– Dlaczego odsyłasz mnie od prawdziwej roboty?
Skoro już tu jestem, mogę pomóc.
– Jeśli coś ci się nie podoba – jego niskie
warknięcie sprawia, że mam szczerą ochotę skulić się w sobie i zniknąć gdzieś w
rzecznych odmętach – droga wolna. Nie będę cię zatrzymywał, kiedy dobijemy do
brzegu. A na razie do gniazda. Ale już.
Choć w jej oczach błyskają iskierki buntu,
Jemioła z pogardliwym prychnięciem odwraca się na pięcie i odchodzi.
– Mogłeś trochę jej odpuścić – zauważam,
niepewny, czy właśnie nie popełniam samobójstwa.
Nie otrzymuję odpowiedzi – przez moment
odnoszę wrażenie, że ramiona Kapitana trochę się przygarbiły, ale nawet jeśli,
to po paru sekundach wracają na swe pierwotne położenie. Ich właściciel zwraca
się do mnie dziwnym, jakby zmęczonym głosem:
– Na dole wszystko gra?
Przytakuję bez zastanowienia. Nie chcę
dokładać mu powodów do gniewu… albo zmartwienia.
– Dobrze – mówi, na powrót skupiając się na
rozciągającej się przed statkiem przestrzeni. – Przygotujcie wszystko, będziemy
omijać spływ. Jak przepłyniemy, wyprowadź ich wszystkich na pokład.
– Aj, Kapitanie.
Zostawiam go przy sterze i idę zwołać resztę
załogi. Jej znaczącą większość stanowią dusze, które dołączyły gdzieś po
drodze, z takich lub innych powodów nie chciały zupełnie oderwać się od życia.
Nas nie zostało wielu – nas, którzy już niezliczone ilości mil morskich
przepłynęliśmy na pokładzie Charonei, gdy napotkani na szlaku królewscy
postanowili posłać nasze pirackie tyłki do wszystkich diabłów. Ginęliśmy
gęsto, walcząc u boku człowieka, który podarował nam całe lata wolności i
bogactwa w zamian za bezwzględną lojalność wobec naszej nowej ojczyzny –
statku. No i wobec niego. Wszyscy przystaliśmy na to bez słowa sprzeciwu. I
poszlibyśmy za nim w najgłębsze czeluście piekieł.
Cóż. W zasadzie już poszliśmy. Przynajmniej ci
z nas, którzy ostali się po pierwszym rejsie – nie poszli w Zapomnienie. A jak
łatwo w nie uciec, nie zrozumie nikt, kto nie stanął przed podobnym wyborem.
Jeszcze.
Na każdego przyjdzie pora.
* * *
Kiedy znajduję ją w bocianim gnieździe, nie
wydaje się zaskoczona. Bardziej chyba dziwi ją fakt, że siadam obok niej i
przyglądam się horyzontowi w milczeniu.
– Wiesz – zaczyna cicho – najgorsze nie jest
wcale to, że nie wiem, co mnie tam czeka, tylko… Tak naprawdę nie wiem, czy
chcę się dowiedzieć.
Przed nami, na tle wiecznie ciemnego nieba,
lśni ognista poświata, zawsze budząca we mnie ten sam palący niepokój. Cóż, to
akurat całkiem logiczne. Czuję na sobie wyczekujący wzrok Jemioły. Wzdycham, a
w tym westchnieniu słyszę własny smutek, który od dawna już próbowałem zakopać
gdzieś na dnie Zapomnienia. Chyba nie wyszło.
– Coś ci poradzę – mówię, nadal się wahając. –
Idź dzisiaj. Teraz, zaraz. Zanim znajdziesz powód, żeby zostać. Bo gdy już to
zrobisz, nigdy nie zdołasz odejść.
– Ty znalazłeś?
Zerkam na nią ze zdziwieniem, ale tylko przez
ułamek sekundy. Przerasta mnie współczucie, które widzę w jej oczach,
szczególnie że takiej jego dawki nie spodziewałbym się ujrzeć u nikogo. A już
zwłaszcza u Jemioły.
– Można tak powiedzieć.
Nie mówię nic więcej, a ona nie naciska. Chyba
rozumie.
W panującym między nami milczeniu daje się
słyszeć wołanie z pokładu. Wiem, co to oznacza, a moje przypuszczenia znajdują
potwierdzenie, kiedy tylko wyglądam za krawędź kosza. Przed nami rozciąga się
bowiem źródło widocznej wcześniej na sklepieniu poświaty – płynąca wąskim przesmykiem
rzeka, której płonąca żywym ogniem powierzchnia bezustannie liże otaczające ją
skały. Wracam do pozycji siedzącej i, pragnąc nieco ukoić moje obawy, robię coś,
o co nigdy bym się nie podejrzewał: chwytam Jemiołę za rękę. Nie protestuje.
Oboje zamykamy oczy w biernym oczekiwaniu na uderzenie.
Wtedy właśnie Ognista bierze statek w posiadanie.
Wrzaski i jęki wybuchają na całym okręcie, w
ułamek sekundy burząc moje opanowanie. Nie wiem, czego właściwie się
spodziewałem. Na tym niemal końcowym etapie podróży nawet my – załoga z
niemałym już doświadczeniem – nie różnimy się wcale od udręczonych dusz,
zwijających się teraz na pokładzie, trawionych płomieniami. Udaje mi się, całe
szczęście, usiedzieć nieruchomo, ale nie powiem, że bez trudu. Niełatwo od nowa
przeżywać wszystko, co przedtem sprawiało
ból. Czuję, jak dłoń Jemioły zaciska się na mojej – gdybym nadal miał kości, chyba
nie wytrzymałyby podobnej próby.
Tylko Charoneja pozostaje niewzruszona na
Ogień, leniwie tnąc jarzącą się taflę.
Przeprawa nie trwa długo – parę chwil później
wpływamy na spokojne, znajome wody Zapomnienia i wszystko ustaje, tak nagle,
jak się zaczęło. Dokoła znów zapada cisza, zakłócana jedynie szumem rzeki.
Jemioła puszcza moją rękę i wstaje, rozdygotana.
Ogląda się na łunę rzucaną przez Ognistą, by zaraz przenieść wzrok na mnie, a
następnie bez słowa opuścić bocianie gniazdo. Gdy znika za krawędzią, nagle
czuję ukłucie dziwnego strachu, niemającego nic wspólnego z tym, co właśnie
oboje przeszliśmy.
Po prostu nie pamiętam, żebym kiedykolwiek
widział w jej oczach tyle… niczego.
Takiej czarnej, pustej beznadziei.
* * *
W zasadzie nie powinienem przyglądać się, jak „pasażerowie”
schodzą na ląd. Nigdy, nigdy, przenigdy.
Po pierwsze, to tylko dodatkowa igiełka
tęsknoty, która będzie mnie dręczyła jeszcze długo, długo po opuszczeniu
Wybrzeża: obraz tego, jak każdy z nich pochyla się nad taflą Zapomnienia i
upija jego łyk – cząstkę, która ma moc odegnania wszystkiego, co boli. Po
drugie, dla duszy przekroczenie granicy powinno być – przy braku lepszego słowa
– przeżyciem całkowicie indywidualnym. Obserwowanie w mojej opinii podchodzi
zatem pod naruszenie prywatności, i to akurat w momencie, w którym najbardziej
jej potrzeba.
No, poza tym, gdybym nie był tak beznadziejnie
uparty, nie musiałbym patrzeć, jak odchodzi ona.
Jemioła dołącza do schodzącego po trapie
korowodu. Nie rozgląda się, skupiona na tym, co przed nią. Zaczynam wątpić w
słuszność tego, co powiedziałem jej wcześniej. Powinienem być przyzwyczajony do
martwoty w oczach odchodzących, ale…
To jest Jemioła.
Jak niby mam to zaakceptować?
– Kapitanie…
– Nie – przerywa mi, zanim zdążę zacząć. – To
jej decyzja, nic mi do tego.
Ale w jego tonie wyraźnie pobrzmiewa smutek,
którego nie jest już w stanie ukryć. Nie przede mną. Wiem, że ma rację, wracam
więc do bezradnego obserwowania.
Jemioła stoi powyżej linii wody, wpatrzona w
lśniącą powierzchnię. Wygląda jak zaczarowana, co, biorąc pod uwagę to, gdzie
się znajdujemy, wcale by mnie nie zdziwiło.
Przykuca i wyciąga rękę w stronę tafli.
– Jemioła?
Dziewczyna zamiera w bezruchu. Jej twarz
wykrzywia grymas przerażenia, a może niedowierzania, gdy słyszy swoje imię, z
pewnością wypowiedziane przez kogoś z tłumu. Podobnie jak ona, zdezorientowany
podejmuję próbę odnalezienia właściciela głosu. Okazuje się to zadziwiająco
łatwe.
– To naprawdę ty?
Mężczyzna wygląda na co najmniej
siedemdziesiąt lat. Stoi w stosunkowo niewielkiej odległości od Jemioły,
przyglądając się jej, jakby ujrzał dawno zapomnianego ducha przeszłości. Robi
niepewny krok w jej stronę.
– Ty… – słyszę łamiący się mocno głos Jemioły
i widzę, jak jej otwarte szeroko oczy wypełniają się łzami.
Kiedy obiema rękami zasłania usta, starzec
natychmiast podchodzi i obejmuje jej drżące ciało.
– Dobry Boże… Dokładnie taka, jaką
zapamiętałem – szepcze w jej włosy, a po chwili odsuwa się nieznacznie, ujmując
jej twarz w sękate dłonie. – Jemioła, ty… Czekałaś.
– Przecież obiecałam, idioto – udaje się jej
wykrztusić, po czym milknie i zamyka oczy, jak gdyby rozkoszując się jego
dotykiem.
Mężczyzna śmieje się, choć po jego policzkach
również spływają łzy. Ale wtedy wyraźnie zauważa coś, co skłania go do
odstąpienia od Jemioły. Podążam za jego wzrokiem i palący żal przeszywa moje
serce.
– Poznaj… Moja żona.
W okamgnieniu Jemioła przestaje płakać.
Spogląda to na niego, to na obejmowaną przez niego w pasie staruszkę o
niezwykle miłej twarzy, wyraźnie zszokowana.
A potem jej usta rozciągają się w smutnym, ale
szczerym uśmiechu.
– Posłuchałeś – mówi, a ja niemal czuję bijące
od jej głosu ciepło. – Dziękuję.
Po chwili słyszę lekkie kroki na trapie.
Znów napotykam jej spojrzenie – nie ma w nim już
rezygnacji ani lęku, jedynie niezachwiana determinacja. Przez moment mam ochotę
powiedzieć coś w rodzaju „a nie mówiłem”, ale zamiast tego posyłam jej z daleka
uśmiech. Bo, mimo wszystko, wydaje się być… mniej nieszczęśliwa. Jakby z jej
ramion zrzucona została choć cząstka ciężaru, który każda dusza przynosi tu jak
bagaż.
Jemioła dołącza do Kapitana, stojącego przy
sterburcie i wpatrującego się w Wybrzeże. On zdaje się jej nie zauważać, ale i
ja, i ona wiemy, że to tylko pozory. Dręczony ciekawością, dyskretnie przysuwam
się i zajmuję linami na kołkownicy. Jak się okazuje, nic nie straciłem, bo Kapitan
odzywa się dopiero po długim milczeniu.
– Wciąż tutaj.
Nawet nie próbuje udawać, że to pytanie.
– Może następnym razem – mamrocze Jemioła. –
Jakoś… potem.
Zza jego niezbyt obfitej brody wydziera się gardłowy
rechot: jeden z niewielu, jakie pamiętam, a z pewnością pierwszy tu. Ten śmiech
jeszcze długo rozbrzmiewa w mojej głowie.
– Rozejrzyj się, Jemioła.
– Po co?
– Po prostu to zrób. I powiedz mi, co widzisz.
Jemioła patrzy. Jej wzrok prześlizguje się po mostku,
bakburcie, uwijającej się na pokładzie załodze, kamienistym wybrzeżu oraz
horyzoncie, nieco dłużej po mnie, aż w końcu zatrzymuje się na Kapitanie.
– Co widzę?
Podobnie jak ona, w napięciu oczekuję na
odpowiedź. Odnoszę wrażenie, jakby calusieńki Wszechświat na mgnienie oka
zamarł w bezruchu. A za chwilę, w tej wszechobecnej, kosmicznej martwocie
słyszę tylko to jedno słowo:
– Potem.
Przestaję udawać, że pracuję. Patrzę; patrzę
na Kapitana, równie opanowanego jak zawsze, patrzę w błyszczące oczy Jemioły, i
wreszcie na ich dłonie, złączone nieśmiało na falszburcie.
Chyba zaczynam rozumieć, co Kapitan ma na
myśli.
Potem
nie może być mowy o zaraz, teraz i zanim, nie
liczy się zawsze i nigdy – nie istnieje nawet potem.
Potem czas nie
dotyczy.